Nastała jesień, więc czas na reaktywację mojego drogiego pamiętniczka. Poprzedni post jeszcze bardziej boleśnie utrwalił mnie w przekonaniu jak ten czas szybko leci. Życie na serio jest tylko chwilą, mrugnięciem powiek, błyskawicą na ciemnym niebie. Kiedyś wyobrażałem sobie życie bardziej jako żarówkę albo świecę. Raz zapalone, skazane na powolne zużycie i wieczne zgaśnięcie. Ale ja nie o tym. Pewne rzeczy nigdy się nie zmieniają.
W tym miejscu chciałem zaznaczyć, że przez fakt, ie klawisz tabulatora nie działa w tutejszym edytorze tekstu (albo ja znowu nie umiem), bardzo boli mnie serduszko.
Kolejny dzień spędzony na leżeniu w łóżku zaowocował nadmiarem myśli oraz pojawieniem się pytania z serii: co ja robię ze swoim życiem? Czyli wszystko w normie. Życie dalej przypomina sinusoidę. Albo rollercoaster (to bardziej pasuje do mojej "humanistycznej" natury, nie?). O czym to ja chciałem...?
W każdym razie, zmierzam do tego, że potrzebuję ponownie gdzieś wyrzygać swoje myśli, aby dobrze spać, a przy tym nie zapaskudzić wszystkiego co mnie otacza. Nie wiem czy to wina tej cholernej jesieni czy po prostu wyczerpałem limit na nieprzejmowaniesię (celowo bez spacji, też chciałem coś zamanifestować, tylko nie wiem co). W mojej pustej głowie, z nieznośnym stukotem, obija się myśl, że nie cenię życia, marnuję je. Nie wykorzystuję swojego potencjału. Pozwalam zepchnąć się na margines i niedbale żyć w przeświadczeniu, że tak być musi, a ja powinienem to zaakceptować. Często sam wręcz uciekam w tę bezpieczną przestrzeń, w którą ludzie zazwyczaj nie chcą być zepchnięci. Zazwyczaj na głos nazywam to lenistwem albo pozwalam ludziom tak to nazywać, dla własnego spokoju i komfortu, lecz w głębi wiem, że to coś zupełnie innego. Strach? Obrzydzenie? Poczucie utraty w miarę stabilnej pozycji na gruncie emocjonalnym? Sam nie wiem, co jest grane. Zauważyłem, że mam problemy z mobilizacją do wykonania rzeczy, które nie wymagają nakładu żadnej pracy. Przykład? Ostatnio, opłacając rachunki, zrobiłem to jedynie do połowy. Nie dlatego, że zabrakło mi kasy i sytuacja mnie do tego zmusiła. To był jeden z tych momentów, które mam. Zapłaciłem za telefon i gaz, a internet i prąd postanowiłem odłożyć w czasie na bliżej nieokreślony termin. W rezultacie zapłaciłem dopiero 2 tygodnie po terminie, jak mi zaczęli spamować telefon i maila, że zalegam. W ciągu tego czasu "zawieszenia" wcale nie było tak, że ja zapomniałem o tych rachunkach. Wręcz przeciwnie. Codziennie budziłem się ze świadomością, że mam rachunki do opłacenia i jedyne co muszę zrobić to wstać, podejść do komputera i zrobić dwa przelewy. I zawsze kończyło się to na tym, że spoglądając na ten komputer czułem jakieś obrzydzenie przed nawet tak prostą czynnością Udawałem wtedy sam przed sobą, że jest coś ważniejszego do zrobienia, a to może poczekać. Szedłem wtedy na spacer po mieszkaniu - z pokoju do kuchni, potem przejrzeć się w lustrze, potem znowu do kuchni sprawdzić czy jest światło w lodówce i tak do momentu, kiedy myśl o zapłaceniu tych cholernych rachunków wyparowała mi z głowy na ten moment. To samo jest z podbicie praktyk na studia. Jedyne co muszę zrobić to pójść i poprosić o podpis i pieczątkę. Niewykonalne. Napisać maila do sekretariatu z zapytaniem o moją obronę? Zajęło mi to całe wakacje. To są drobne sprawy, ale takie zachowanie przekłada się też na sprawy poważne, których zaniedbanie może mieć przykre skutki. Chyba powinienem się leczyć.
Czasem nienawidzę doboru cech, jakimi obdarzyła mnie natura czy też los. Chociaż z drugiej strony, gdyby nie one, chyba nie potrafiłbym przetrwać. To moja jedyna broń w brutalnym świecie dorosłych ludzi. Z tą małą różnicą, że moje ostatnio ujawniające się autodestrukcyjne zdolności co raz częściej wymierzają tę broń we mnie. Czy to ma w ogóle jakiś sens?
29 września 2013
24 lutego 2013
Missing You
Minęło zaledwie kilka dni od czasu kiedy się z Tobą pożegnałem, a czuję jakby minęła wieczność. Nie mogę sobie przypomnieć Twojej twarzy. Pamiętam jedynie Twój głos. Z drugiej strony chyba nie do końca dociera do mnie fakt, że już się więcej nie zobaczymy. Mam też wyrzuty sumienia, że nie zadzwoniłem, kiedy miałem okazję. Byłem zbyt zajęty albo nie chciałem prowadzić długiej rozmowy z Tobą. Nie tak powinno być. Kiedy zadzwonił telefon nie mogłem się pozbierać, nie mogłem wymówić tego na głos. Nie byłem w stanie, bo głos łamał mi się i tkwił w gardle odcinając dopływ powietrza. Ludzie patrzyli na mój dziwny grymas i dziwili się o co może mi chodzić. Po powrocie do Krakowa miałem zamiar zadzwonić i powiedzieć, że chociaż z przygodami, to jednak dotarłem do domu. Jednak zanim sięgnąłem po telefon uświadomiłem sobie, że przecież nie odbierzesz. Dziwne uczucie. Życie toczy się dalej, ale to nie jest już to samo. Prawdę mówiąc, bałem się tamtego dnia. Bałem się, że rozpadnę się na kawałki i nic nie będzie w stanie poskładać mnie w całość. Wytrzymałem. Wytrzymałem, chociaż może nie powinienem był tego robić. Emocji nie można tłumić w sobie, ale nie mogłem nic na to poradzić. Mam nadzieję, że jest Ci teraz dobrze, gdziekolwiek jesteś. Może nawet spotkasz tam Jego? Chociaż nie wiem, czy tego byś chciała. Wtedy chyba nie byłem w stanie zrozumieć tego, co było między Wami, a teraz jest już za późno. Spoglądaj czasem na mnie, jeśli to możliwe, ale nie martw się. Jakoś dam sobie radę.
17 stycznia 2013
Damaged
Po raz kolejny moja ignorancja, nieodpowiedzialność i beztroska doprowadziły mnie do durnej sytuacji, w której jestem ofiarą systemu, który sam narzuciłem. Ja po prostu nie potrafię niczym zarządzać. Brak mi podstawowych cech, które pozwoliłyby na dobrą organizację, brak mi asertywności, brak mi stanowczości i, przede wszystkim, za bardzo ufam ludziom. Wierzę w nich jak skończony idiota, wierzę, że skoro coś obiecali to dotrzymają słowa, wierzę, że nie narażą mnie na żadne szkody. Tymczasem oni korzystają z mojej naiwności, a ja staram się udawać, że wciąż nad wszystkim panuję. Bzdura. Od dawna nie panuję nad niczym, co dzieje się w moim życiu - nad pracą, nad szkołą, nad otaczającymi mnie ludźmi, nad uczuciami, nad pieniędzmi. Jestem niemal pewien, że gdyby w tej chwili wszedł tu ktoś i powiedział: "Chcę, żebyś oddał mi swoje życie. Zgadzasz się?", nie byłbym w stanie odmówić w durnej obawie, że pewnie zranię uczucia tego człowieka, mimo że to jakiś jebany psychopata. Nienawidzę tego w sobie. Tak samo jak nienawidzę siebie w sytuacjach, gdy staram się być miły. Nienawidzę wtedy swojego głosu, który w tych momentach zdaje się brzmieć, jakbym wciąż był przed mutacją. Strasznie się wtedy peszę i silę na uśmiech, który zapewne wygląda jak coś w rodzaju szczękościsku, ale na to też nie mam większego wpływu. Czasami postanawiam sobie, że będę neutralny, a nie miły. Wtedy znowu wychodzi, że wstałem lewą nogą, bo ton mojego głosu brzmi opryskliwie i nikt nie wie czy się wydurniam czy rzeczywiście coś mnie ugryzło.
Nie mogę znieść tego zastoju jaki mam w pracy. Równie dobrze mógłbym chodzić do pracy dwa razy w tygodniu, żeby coś do roboty się uzbierało. Chyba mam to po rodzicach. Musi być zapierdol na całego, żebym mógł jakoś funkcjonować, bo inaczej nie mam co ze sobą zrobić i popadam w marazm, spędzając całe dnie przed komputerem i grając w League of Legends, tracąc przy tym kontakt z otaczającą mnie rzeczywistością. Tak właśnie marnuje się życie. W przerwach w grze włączam sobie jakiś film - najczęściej azjatycki, żeby usprawiedliwiać się, że to w ramach poznawania kultury i na pewno przyda mi się do szkoły. Szkoda, że wybór zazwyczaj pada na jakieś dziwactwa typu: "Jestem masażystką w salonie aromaterapii i kręcą mnie różne zapachy - nawet te śmierdzące, jak pot czy rękawice do kendo. O, ten siedemnastolatek śmierdzi potem! Wyliżę jego głowę, a potem zrobię mu handjob'a." Tak to się, mniej więcej, prezentuje. A teraz, od trzech godzin, siedzę i próbuję stworzyć prezentację na zaliczenie przedmiotu, bo wiem, że będę zbyt leniwy, żeby nauczyć się na egzamin. Mam już całe 6 slajdów, czyli mniej więcej połowę. Pomijając już fakt, że będzie to klasyczne lanie wody typu "nie-mam-pojęcia-o-czym-mówię".
Nie mogę znieść tego zastoju jaki mam w pracy. Równie dobrze mógłbym chodzić do pracy dwa razy w tygodniu, żeby coś do roboty się uzbierało. Chyba mam to po rodzicach. Musi być zapierdol na całego, żebym mógł jakoś funkcjonować, bo inaczej nie mam co ze sobą zrobić i popadam w marazm, spędzając całe dnie przed komputerem i grając w League of Legends, tracąc przy tym kontakt z otaczającą mnie rzeczywistością. Tak właśnie marnuje się życie. W przerwach w grze włączam sobie jakiś film - najczęściej azjatycki, żeby usprawiedliwiać się, że to w ramach poznawania kultury i na pewno przyda mi się do szkoły. Szkoda, że wybór zazwyczaj pada na jakieś dziwactwa typu: "Jestem masażystką w salonie aromaterapii i kręcą mnie różne zapachy - nawet te śmierdzące, jak pot czy rękawice do kendo. O, ten siedemnastolatek śmierdzi potem! Wyliżę jego głowę, a potem zrobię mu handjob'a." Tak to się, mniej więcej, prezentuje. A teraz, od trzech godzin, siedzę i próbuję stworzyć prezentację na zaliczenie przedmiotu, bo wiem, że będę zbyt leniwy, żeby nauczyć się na egzamin. Mam już całe 6 slajdów, czyli mniej więcej połowę. Pomijając już fakt, że będzie to klasyczne lanie wody typu "nie-mam-pojęcia-o-czym-mówię".
06 stycznia 2013
Farewell to the Fairground
Niedziela, zwłaszcza taka jak ta, jest chyba najmniej produktywnym dniem, jaki można sobie wyobrazić. Świadomość, że wszystko jest zamknięte i nie mogę wyjść do sklepu po coś, na co mam akurat teraz ochotę, sprawia, że mój żołądek nieustannie domaga się pożywienia. Nie mogę z tym nic zrobić, bo ile bym nie zjadł i tak wciąż jestem głodny. Oczywiście nie ma w tym nic złego, że dziś jest dzień wolny od pracy. Po prostu przez te lata przyzwyczailiśmy się, że zakupy można zrobić o każdej porze dnia i nocy. Gdy byłem dzieckiem nikomu nie przeszkadzało to, że w piątek po pracy idzie się do sklepu, robi zakupy na dwa dni, a weekend spędza z rodziną w innym miejscu niż galeria handlowa czy supermarket.
Jak wszystko w tym świecie, także i takie zjawisko ma swoje konsekwencje. Dla mnie objawiają się mianowicie tym, że spędzam dzień oglądając masę rzeczy: od teledysków, klipów z gier, anime po seriale i filmy. Dziś padło na Ally McBeal - chyba wszystkim dobrze znany serial o prawnikach z Bostonu. Nie wiem co mnie naszło, ale miałem bardzo silną potrzebę obejrzeć ten serial jeszcze raz. Może to z nostalgii za "dawnymi czasami", a może dlatego, że gdy pierwszy raz widziałem Ally McBeal, byłem dzieckiem i nie rozumiałem prawdziwego sensu. Po trzech odcinkach zaczęło robić się niebezpiecznie. Wygląda na to, że Calista Flockhart w nieco przekolorowanej roli prawnika uwięziona w jeszcze bardziej przekolorowanym prawniczym świecie made in U.S.A., działa na mnie podobnie jak Grey's Anatomy. Wzbudza fałszywe nadzieje na lepsze życie, rozdrapuje łatwopalne marzenia o byciu Kimś, przekonuje, że gdybym dokonał innych życiowych wyborów, moje życie byłoby inne - zupełnie takie jak na filmie. Następuje całkowita negacja problemów głównych bohaterów, bo w zestawieniu korzyści i strat bilans wychodzi na plus. I wtedy człowiek zaczyna się zastanawiać jakby to było - żyć w takim świecie. Rozczarowanie przychodzi szybko, bo jeszcze zanim zaczną lecieć napisy końcowe (tak, w latach 90. jeszcze coś takiego istniało, podobnie jak opening z chwytliwą piosenką i napisem "Starring:"). Potem zaczynam się zastanawiać co ja muszę zrobić ze swoim życiem, żeby było chociaż trochę filmowe. Jako nastolatek nawet miałem takie... sam nie wiem - postanowienie? Fantazję? Marzenie? W każdym razie, chciałem żeby moje życie odmieniło się za sprawą wyjazdu do dużego miasta, gdzie mógłbym nawet ledwo wiązać koniec z końcem, pracować na trzy zmiany :w klubie nocnym za barem, rano w restauracji na zmywaku, a potem gdzieś jeszcze. W tym wyimaginowanym świecie chciałem mieć przyjaciół i ludzi, którym na mnie zależy. Oczywiście wszystko miałoby prowadzić do czegoś znacznie więcej - do lepszego życia, bo przecież w końcu z dna wybiłbym się na szczyt. Wszystko to jednak zdaje się być niemożliwym do spełnienia. Oczywiście, ktoś mógłby zauważyć, że część planu jest zrealizowana, chociaż ja tego tak nie postrzegam.
Gdy skończyłem oglądać odcinek, zacząłem surfować po necie (brzmi to dziś dość archaicznie). Przejrzałem serwisy informacyjne w poszukiwaniu czegoś bardziej optymistycznego niż artykuł o korupcji, liczbie ofiar w katastrofie, zamachu, podwyżkach podatków. Nie muszę chyba dodawać, że wcale mi się nie udało. Znalazłem jednak notkę (na miano artykułu to coś nie zasługuje) o tym, jak The Sun zamieścił w gazecie artykuł o "Łodzi - wymierającym mieście" wraz ze zdjęciami "opustoszałych ulic, zamurowanych sklepów, pijaków i starców czekających w kolejce po chleb". Była jeszcze wzmianka o jakichś rikszarzach, ale nie jestem pewien, czy w Łodzi ktoś się czymś takim zajmuje. Riksza kojarzy mi się bardziej z Chinami albo Indiami. Puentą "artykułu" było coś o migracji Polaków na Wyspy jako przyczynie wymierania polskich miast. Pod notką znalazło się, jakże by inaczej, mnóstwo komentarzy będących częścią wojny między PiSiorami a Platformersami. Większość z nich to idiotyzmy, których nie warto nawet czytać, ale jednak trudno nadziwić się, że tacy ludzie żyją wokół nas. Mimo wszystko, udało mi się znaleźć jeden komentarz, który nieco podniósł mnie na duchu, chyba głównie dlatego, że wyraża jakieś moje odczucia, których staram się nie uzewnętrzniać, bo Polacy nie potrafią gadać o polityce i sprawach społecznych bez obrzucania się gównem. Zdziwiło mnie tylko to, że miał tak wiele negatywnych głosów. Pozwolę sobie go nawet zacytować:
Dwa do trzech milionów wyemigrowanych za chlebem, młodych, zdolnych, pracowitych i odważnych. Tam rodzą dzieci, które nie mają na imię Staś czy Jaś, a Ethan, albo Mike. Oni nie wrócą, niczego w tym kraju nie wybudują, nie kupią chleba, mąki butów, choinki, działki, domu, samochodu, mebli i miliona innych rzeczy. Nie zapłacą tutaj podatków. Ich dzieci nie pójdą do szkoły tu w Polsce. Ukończą zagraniczne uniwersytety i będą Anglikami, Irlandczykami, Niemcami, Norwegami z polskim pochodzeniem .... Tak kochani i nie da się tej prawdy niczym przykryć. Nie da się zmienić tego dokładaniem plusów, przez służbowych trolli do komentarzy protuskowych, a jak się przejrzy pierwszych kilka stron to takie właśnie figurują. Panowie, Gierek też w DTV pokazywał jak to jesteśmy siódmą potęgą świata. Żal mi Polski, żal mi tych Emigrantów skazanych przez rodzimych polityków na tułacze życie na obczyźnie. Żal tym bardziej, że ta ziemia mogła dać im to wszystko, czego szukają sprzątając cudze kąty. Bo to kraj miodem i mlekiem płynący, kraj piękny i bogaty, tylko z obrożą na szyi,obrożą założoną przez sprzedajne indywidua, które sprzedałyby Matkę, za parę Euro i stołek w Brukseli. Z kagańcem miliona darmozjadów za urzędniczymi biurkami, mordującymi i utrudniającymi każdą inicjatywę. Sądy na telefon, Nepotyzm, Kolesiostwo na każdym szczeblu, niewyobrażalna wprost Korupcja i zero odpowiedzialności za cokolwiek. To jest ta Polska, Polska PO Pisu PSL SLD i całej magdalenkowej hałastry. Miliony przepisów, danin, podatków,kar, formularzy,mandatów. Wszyscy Oni żerują na naszej pracy. Larwy pasione naszą krwawicą. Zadusić to jak wszę! Bo jak nie, to zajadą nas jak stare chabety, a jak nic już nie da się wycisnąć to zrobią nawóz. Marzę jednak, że kiedyś poniosą karę, a nasi rodacy, nasi bracia i siostry wrócą do kraju, nie dlatego , że będą zmuszeni, ale dlatego, że Polska to będzie ich ukochana Ojczyzna, która jest im dobrą Matką.To mnie tylko pogrąża w odmęcie myśli, że nie mogę sobie od tak po prostu wyjechać z Polski i być jakimś "podczłowiekiem", który uciekł z własnego domu, żeby służyć innym. Z drugiej strony gnębi mnie też myśl, że w Polsce nie mam szans na dobre życie. I tak źle i tak niedobrze.
31 grudnia 2012
Rock This Party
Rok dobiega końca. Nie wiem czy to dobrze czy źle. Powinienem szukać nowego mieszkania, nowej pracy i wziąć się w końcu za pisanie tego licencjatu, który jest totalnie zbędny. Przeszukując dziś ogłoszenia o pracę, doszedłem do wniosku, że powinienem się okaleczyć, aby zdobyć zaświadczenie o stopniu niepełnosprawności, oraz podjąć kroki w celu zmiany płci. Okazuje się, że żyjemy w takich czasach, gdzie łatwiej zdobyć pracę będąc niepełnosprawnym, bo za takiego przysługuje bonus dla pracodawcy. Młody i zdrowy koleś może liczyć na pracę w telemarketingu za 5zł/h, w kebabie albo jako "agent nieruchomości". Miałem nie narzekać, więc ucinam ten monolog. Mam nadzieję, że wkrótce nastąpi happy end i wszyscy umrzemy.
W nagrodę za przetrwanie roku 2012, mogę się dziś spić jak świnia. Najlepiej do nieprzytomności. I nikt nie musi tego widzieć. Same plusy. Chociaż fajniej byłoby się najebać z kimś. No, ale trudno. Wszystkiego dobrego w nowym roku.
Aż trudno uwierzyć, że od roku rzygam tu bólem i jeszcze mi się chce. Mało tego - ktoś to w dodatku czyta. Pozdrawiam!
W nagrodę za przetrwanie roku 2012, mogę się dziś spić jak świnia. Najlepiej do nieprzytomności. I nikt nie musi tego widzieć. Same plusy. Chociaż fajniej byłoby się najebać z kimś. No, ale trudno. Wszystkiego dobrego w nowym roku.
Aż trudno uwierzyć, że od roku rzygam tu bólem i jeszcze mi się chce. Mało tego - ktoś to w dodatku czyta. Pozdrawiam!
12 listopada 2012
Casualties of War
Totalny zastój. Męczy mnie natłok myśli, ale już nawet tutaj nie potrafię ich przelać, dać im ujście. Wszystko gdzieś się ciśnie we mnie i chce rozsadzić, ale jeszcze nie ma odpowiedniej mocy. Być może nigdy nie będzie miało i kumulacja tej energii zrobi mi kolejne wewnętrzne "kuku", które potem jakoś zaszpachluje, zamaluje, wyklepie, zakryje i schowam, żeby nikt nie widział.
Dużo myślę o śmierci. Niekoniecznie o swojej, ale raczej w ogólnym kontekście. Skutkuje to tym, że mam coraz durniejsze sny, w których umieram w coraz bardziej żałosny sposób. Czasem czuję we śnie, że chce mi się śmiać z tego powodu i mam ochotę się obudzić, tylko po to, aby parsknąć śmiechem i iść spać dalej. Chociaż, gdy się dobrze zastanowić, to z samym snem też mam problemy. Budzę się po kilka razy, jakby sprawdzając czy wszystko gra, a potem już nie mogę zasnąć przez dłuższą chwilę. Czy ja się kiedyś ogarnę w tym życiu? Czy nabiorę nawyku doprowadzania rozpoczętych spraw do końca? Czy po prostu już zawsze będę żył w tym rozpierdolu i udawał, że nad nim panuję? To zupełnie tak, jakbym próbował zbudować domek z kart, który za każdym razem rozpada się, a ja zbieram wszystkie elementy i ,po dłuższym fochu, usiłuję wrócić do względnej normalności. O ile o normalności można w ogóle mówić w moim przypadku. Zresztą, "normalny" zawsze mnie drażnił. Co to znaczy "być normalnym"?
Wszystko powoli zmierza ku pewnemu punktowi kulminacyjnemu. Kolejny kamień milowy na trasie zwanej życiem. Tylko czy cokolwiek się wtedy zmieni? Trzeba będzie podjąć jakieś ważne decyzje, coś postanowić, obrać nowy kurs, zrobić coś ze sobą, żeby zachować jakąś ciągłość. Innymi słowy: trzeba będzie zrobić coś, w czym jestem beznadziejny - określić się. Przecież ja nawet nie jestem na to gotowy! Chociaż zdaję sobie sprawę, że nikt nie ma gotowej recepty na życie, że nikt nie jest gotowy, to jednak wcale nie daje mi to żadnej ulgi. Po co oglądać się na innych, skoro nie niesie to ze sobą absolutnie nic? Ludzie mojego pokroju powinni być eliminowani już na starcie. To byłoby najbardziej humanitarne wyjście. Zamiast tego, wmawia się nam, że każdy człowiek ma równe szanse, że całe życie przed nami i wystarczy tylko wyciągnąć po nie ręce, a manna sama spadnie z nieba. Przecież to kłamstwo! Nie ma równych szans, tak jak nie ma równych ludzi. Życie nie było, nie jest i nie będzie sprawiedliwe. Ja pierdolę, ale banał.
Od wczoraj poważnie zastanawiam się nad dźgnięciem się wielkim nożem w szyję. Jestem pewien, że byłoby to na swój sposób odprężające uczucie w obliczu bólu (nie, tym razem to nie ból egzystencjalny, ale czysto fizyczny), jaki towarzyszy mi od czwartku.
Gdybym miał do spełnienia trzy życzenia, pewnie zmarnowałbym je na jakieś idiotyzmy, typu kontener żelków raz na miesiąc.
Po co ja to wszystko piszę?
Dużo myślę o śmierci. Niekoniecznie o swojej, ale raczej w ogólnym kontekście. Skutkuje to tym, że mam coraz durniejsze sny, w których umieram w coraz bardziej żałosny sposób. Czasem czuję we śnie, że chce mi się śmiać z tego powodu i mam ochotę się obudzić, tylko po to, aby parsknąć śmiechem i iść spać dalej. Chociaż, gdy się dobrze zastanowić, to z samym snem też mam problemy. Budzę się po kilka razy, jakby sprawdzając czy wszystko gra, a potem już nie mogę zasnąć przez dłuższą chwilę. Czy ja się kiedyś ogarnę w tym życiu? Czy nabiorę nawyku doprowadzania rozpoczętych spraw do końca? Czy po prostu już zawsze będę żył w tym rozpierdolu i udawał, że nad nim panuję? To zupełnie tak, jakbym próbował zbudować domek z kart, który za każdym razem rozpada się, a ja zbieram wszystkie elementy i ,po dłuższym fochu, usiłuję wrócić do względnej normalności. O ile o normalności można w ogóle mówić w moim przypadku. Zresztą, "normalny" zawsze mnie drażnił. Co to znaczy "być normalnym"?
Wszystko powoli zmierza ku pewnemu punktowi kulminacyjnemu. Kolejny kamień milowy na trasie zwanej życiem. Tylko czy cokolwiek się wtedy zmieni? Trzeba będzie podjąć jakieś ważne decyzje, coś postanowić, obrać nowy kurs, zrobić coś ze sobą, żeby zachować jakąś ciągłość. Innymi słowy: trzeba będzie zrobić coś, w czym jestem beznadziejny - określić się. Przecież ja nawet nie jestem na to gotowy! Chociaż zdaję sobie sprawę, że nikt nie ma gotowej recepty na życie, że nikt nie jest gotowy, to jednak wcale nie daje mi to żadnej ulgi. Po co oglądać się na innych, skoro nie niesie to ze sobą absolutnie nic? Ludzie mojego pokroju powinni być eliminowani już na starcie. To byłoby najbardziej humanitarne wyjście. Zamiast tego, wmawia się nam, że każdy człowiek ma równe szanse, że całe życie przed nami i wystarczy tylko wyciągnąć po nie ręce, a manna sama spadnie z nieba. Przecież to kłamstwo! Nie ma równych szans, tak jak nie ma równych ludzi. Życie nie było, nie jest i nie będzie sprawiedliwe. Ja pierdolę, ale banał.
Od wczoraj poważnie zastanawiam się nad dźgnięciem się wielkim nożem w szyję. Jestem pewien, że byłoby to na swój sposób odprężające uczucie w obliczu bólu (nie, tym razem to nie ból egzystencjalny, ale czysto fizyczny), jaki towarzyszy mi od czwartku.
Gdybym miał do spełnienia trzy życzenia, pewnie zmarnowałbym je na jakieś idiotyzmy, typu kontener żelków raz na miesiąc.
Po co ja to wszystko piszę?
02 listopada 2012
On Stranger Tides
Jesienny wkurw chyba powoli ustępuje. Nie twierdzę, że wciąż nie budzę się z tym głosem w głowie, że wszyscy ludzie to "dziwki i chuje" (w zależności od płci, chociaż i tu mogą być wyjątki), aczkolwiek zazwyczaj przechodzi mi nim dojadę do pracy. Czasem tylko wraca, jak okazuje się, że burdel do ogarnięcia jest wielkości Mt. Everestu. Ostatnio nawiedza mnie idiotyczny sen. O piratach. Nie wiem, czy to ma związek z Halloween czy ze Wszystkimi Świętymi. A może dopiero doszły do mnie emocje po obejrzeniu Piratów z Karaibów (ale to było jakieś kilka miesięcy temu...)? W każdym razie, co noc płynę sobie na jakimś statku pirackim. Piraci, papuga - te sprawy...Oczywiście zawsze jest sztorm i ogólnie jest całkiem chujowo, ale stabilnie (zdaje się, że ten tekst jest ostatnio modny, więc co mi tam). No i jak w końcu uświadamiam sobie w jak ciemnej dupie jestem, pojawiają się duchy, na oko, innych piratów i mój sen dobiega końca. Musiałem się tym z kimś podzielić, nawet jeśli będę to tylko ja sam.
24 września 2012
It's not happening.
Nastała jesień. Szlag by ją trafił. Jesienią zawsze wszystko się pierdoli. Kiedy myślę, że jest już dobrze, wszystko zaczyna się chrzanić. Powinienem się już przyzwyczaić do takiego stanu rzeczy. Ta literatura mnie chyba dobiła. Zgniotła w jednej chwili cały mój zapał. Zdmuchnęła jak zapałkę. Mam ochotę leżeć cały dzień i nic nie robić. Nawet nie myśleć. Leżeć, żreć i patrzeć jak tłuszcz zaczyna wylewać się z każdej strony. Znowu zbyt szybko dałem się strawić przez ogień nieskonkretyzowanych pragnień. Nawet nie wiem czy to były moje pragnienia, czy kogoś zupełnie innego. Potrzebuje nowego bodźca, jakiejś stymulacji do działania, motywacji. Czemu tak trudno jest mi to utrzymać przy sobie? Czy jestem jedną z tych osób bez "życiowego celu", który by mnie napędzał? Jak się dobrze zastanowić, wszystkie elementy pasują. Przekonywanie siebie, że "to jednak ma sens" po dziesięć razy dziennie, nic już nie daje. Już nawet nie pamiętam innych argumentów, które zwykły działać jeszcze parę dni temu. Dziś znowu muszę robić dobrą minę do złej gry. Z jednej strony chciałbym, żeby to się już skończyło, a z drugiej - szkoda mi tego, co już mam, chociaż to tak niewiele. W nocy przyszła mi do głowy głupia myśl. Jakby to było gdybym napisał książkę? Idiotyzm. O czym miałaby opowiadać? Nie wiedzieć czemu, główny bohater miałby nazywać się Frank (od Franciszka, tyle, że bardziej trendy) i pewnie dzieliłby jakieś wspólne cechy ze mną. Wyszłoby mi jakieś dziwaczne połączenie Murakamiego z Kingiem, czy coś w ten deseń. Pewnie coś strasznego. Jednak mogłaby to być fajna przygoda, gdyby nie fakt, że odeszłaby mi ochota po jednej stronie pisania. Wszystko bez sensu. A ironią losu jest fakt, że ten sens potrzebny mi jest jak powietrze. Nie mogę bez niego żyć. Muszę go widzieć, muszę go czuć. Jak go uchwycić?
06 września 2012
World in flames.
Furia. Tak zaczął się mój dzień. Nie wiem gdzie leży przyczyna takiego zachowania. Coś się we mnie gotuje. Coś wrze. Coś doprowadza mnie do szału. Trudno ocenić czy to jakiś ukryty stres czy może zmęczenie. Może znowu za szybko się spalam? Proces szlifowania samego siebie to proces żmudny oraz trudny. Nie czuję, że rymuję. Wydaje mi się, że w ostatnich tygodniach nakumulowało się we mnie mnóstwo różnych rzeczy, które niby starałem się wyprzeć, nie dopuszczać ich do siebie. Jednak one jakoś dostały się do mojego wnętrza. Zarysowały idealnie wypolerowane wnętrze. Dzisiejszego poranka wstąpił we mnie chyba sam diabeł. Mało brakowało, a byłbym w stanie chyba kogoś zabić. Chciałem wręcz polubić fanpage Andersa Breivika na fejsbuku! Kiedy o tym pomyślałem, nawet trochę pary ze mnie zeszło. Idiota - pomyślałem. Jednak za chwilę przyszła P. ze swoją listą "rzeczy, które musisz pilnie zrobić". Starałem się ją zignorować, ale nie dało się. Każde jej słowo było jak złośliwe szturchnięcie, które tylko prowokuje do ataku. Oczywiście tylko w moim odczuciu. W mojej głowie wirowały jednie same wulgaryzmy pod adresem każdego, kto pojawił się w zasięgu wzroku. W tamtej chwili, mógłby podejść do mnie najmilszy człowiek na świecie, zapisać mi w spadku 10 mld $, a i tak uważałbym go za złamanego chuja, któremu należy się śmierć, za to, że istnieje. Istny amok. Nie lubię tego uczucia, bo nie mogę go kontrolować. Zawsze w takich momentach mam taką wizję swojego serca jak przez rentgen albo jakąś sondę. Widzę wtedy czarną chmurę, która je otacza. Chaos. Robi mi się ciężko i gorąco, a rzeczywistość zdaje się przytłaczać. Jednocześnie nie mogę spokojnie usiedzieć na miejscu. Chodzę nerwowo w kółko bijąc się z myślami. Przy okazji mam wrażenie, że serce, wraz z krwią, pompuje ogromne pokłady powietrza, które nie ma się gdzie pomieścić, więc rozpycha się bezczelnie. Nie mogę złapać tchu.
Czasami coś takiego napada mnie w nocy, tuż przed snem. Wtedy wiem, że nie zmrużę oka przez kilka godzin. Do głowy napływają różne wizje z przeszłości, urozmaicone alternatywnymi, tragicznymi w skutkach, zakończeniami historii, które już się przecież wydarzyły. Rzucam się wtedy z boku na bok i zaciskam powieki, próbując odgonić te myśli i obrazy. Przypomina mi to czasy liceum. Wtedy było tak ciągle. Każdego dnia żyłem na krawędzi tego chaosu i bezsilności wobec jego siły. Miałem pretensje do świata, do matki, do siebie. Nie mogłem normalnie funkcjonować. Oczywiście nikt nie wiedział o tym, co dzieje się w moim wnętrzu. No, poza matką, z którą wiecznie się awanturowałem o byle co. Byłem złośliwy i nie myślałem o skutkach swojego zachowania. Zupełnie jak teraz. Może to efekt tych wszystkich rozczarowań z ostatnich tygodni? Niby nie przejmowałem się małymi potknięciami i tym, że kilka osób okazało się być zupełnie kimś innym, niż ja uważałem. Jednak gdzieś w podświadomości mogło to być inaczej odbierane. A może to dlatego, że mi zależy? Widzę dla siebie szansę i chcę coś osiągnąć, ale droga jest długa i kręta, a mnie brakuje cierpliwości. Chciałbym przyspieszyć ten proces, ale nie mogę. Muszę czekać. Może to jest przyczyna? Człowiek to doprawdy dziwne stworzenie.
Znowu muszę szukać nowych współlokatorów. Szlag by to trafił. Zmówili się, czy co? Jeszcze czekam tylko aż M. oznajmi mi, że też się wyprowadza. Wcale bym się nie zdziwił. O tyle dobrze, że łatwo będzie znaleźć kogoś nowego. Ciekawe jak to znowu będzie.
Czasami coś takiego napada mnie w nocy, tuż przed snem. Wtedy wiem, że nie zmrużę oka przez kilka godzin. Do głowy napływają różne wizje z przeszłości, urozmaicone alternatywnymi, tragicznymi w skutkach, zakończeniami historii, które już się przecież wydarzyły. Rzucam się wtedy z boku na bok i zaciskam powieki, próbując odgonić te myśli i obrazy. Przypomina mi to czasy liceum. Wtedy było tak ciągle. Każdego dnia żyłem na krawędzi tego chaosu i bezsilności wobec jego siły. Miałem pretensje do świata, do matki, do siebie. Nie mogłem normalnie funkcjonować. Oczywiście nikt nie wiedział o tym, co dzieje się w moim wnętrzu. No, poza matką, z którą wiecznie się awanturowałem o byle co. Byłem złośliwy i nie myślałem o skutkach swojego zachowania. Zupełnie jak teraz. Może to efekt tych wszystkich rozczarowań z ostatnich tygodni? Niby nie przejmowałem się małymi potknięciami i tym, że kilka osób okazało się być zupełnie kimś innym, niż ja uważałem. Jednak gdzieś w podświadomości mogło to być inaczej odbierane. A może to dlatego, że mi zależy? Widzę dla siebie szansę i chcę coś osiągnąć, ale droga jest długa i kręta, a mnie brakuje cierpliwości. Chciałbym przyspieszyć ten proces, ale nie mogę. Muszę czekać. Może to jest przyczyna? Człowiek to doprawdy dziwne stworzenie.
Znowu muszę szukać nowych współlokatorów. Szlag by to trafił. Zmówili się, czy co? Jeszcze czekam tylko aż M. oznajmi mi, że też się wyprowadza. Wcale bym się nie zdziwił. O tyle dobrze, że łatwo będzie znaleźć kogoś nowego. Ciekawe jak to znowu będzie.
30 sierpnia 2012
Take a while
Ostatnio spotyka mnie cała seria rozczarowań. Okazuje się, że wcześniej żyłem w świecie, którego dziś nie rozumiem. Nie rozumiem ludzi, którzy mnie otaczali i wciąż otaczają. Strasznie dziwne uczucie, gdy nagle zdajesz sobie z tego sprawę. Zupełnie jak w Matrixie - wybrałem czerwoną tabletkę i wszystko wywróciło się do góry nogami, a ja nad tym nie umiem zapanować. Czasem chciałbym wrócić do tego wyboru i wszystko cofnąć, ale z drugiej strony, pociąga mnie to, co czeka na mnie po tej drugiej stronie. Pociąga mnie takie życie, jakie mogę mieć, jeśli wytrzymam przez pewien czas.
Moja nowa praca zdaje się mieć jedną bolesną, ale jednak, zaletę - weryfikuje znajomości. Oddziela ziarno od plew. Pokazuje mi, na kogo mogę liczyć, a kogo omijać szerokim łukiem. Ta weryfikacja zawsze jest brutalna. Brutalna zwłaszcza dla mnie. Na początku starałem się wmawiać sobie, że to wcale nie tak, że pewnie jest jakiś racjonalny powód, dla którego niektórzy zachowują się w taki sposób. Starałem się ich usprawiedliwiać, ale dziś uświadomiono mi, że nie tędy droga. Ludzie to chuje i tak było, jest i będzie, a ja nie mogę ich obwiniać o własne niepowodzenia. Prawda jest taka, że zrobiłem wszystko co mogłem, ale to nie zawsze musi wypalić. Nie mam na to żadnego wpływu. Mówili mi to już wcześniej, ale ciężko było pogodzić się z tym faktem. Dziś coś się chyba we mnie jednak przełamało, bo sam widzę zasadność takiej argumentacji. Jedyne czego się boję to kolejne rozczarowania. To może mnie zniszczyć, jeśli spuszczę gardę w nieodpowiednim momencie. W tej chwili mam w głowie straszny mętlik i do końca sam nie wiem, jaki obrać kierunek i strategię. A może wiem, tylko specjalnie odkładam to w czasie?
22 sierpnia 2012
For Life
Mordercze tempo daje mi się we znaki. Wysoko podniosłem sobie poprzeczkę i od tej pory codziennie dręczą mnie wątpliwości, czy aby na pewno sobie poradzę z tym wszystkim. Zupełnie nie wiem jak to ze mną będzie. Dziś zdecydowałem się zrezygnować z części obowiązków w pracy. Oczywiście będzie to skutkowało niższą wypłatą co miesiąc, ale w końcu staram się osiągnąć coś więcej niż 1200zł miesięcznie. Oby ten krok się opłacił. Niby jeszcze mogę się wycofać z tego wszystkiego, niby jeszcze mogę tkwić w swoim statycznym, w miarę poukładanym życiu, ale... Chyba nie chcę. Coś mnie pcha naprzód. Nie wiem dokładnie co, ale działa na mnie jakaś siła, która daje mi motywację do działania, mimo codziennych rozterek. Dziś miałem pewne spotkanie z osobą, z którą nie widziałem się już ponad rok, a która kiedyś była dla mnie ważna. W sumie nadal jest, ale na dobrą sprawę dopiero dzisiaj sobie to uświadomiłem. Chociaż sam nie wiem czy to kwestia wypitego alkoholu czy los naprawdę jest na tyle złośliwy. Na samą myśl o tym dostaję dziwnego uczucia pustki. Co jeśli to była przeznaczona mi osoba? Soulmate? A może to tylko moja wyobraźnia? Trudno mi to ocenić i chyba dalsze rozważania na ten temat nie mają większego sensu. Pozostaje tylko czekać na to, co przyniesie życie. Trochę się tego boję.
22 lipca 2012
Tell Me Goodbye
Moja wizyta w domu powoli dobiega końca. To był dziwny tydzień naszpikowany rozczarowaniami, zaskoczeniem, szaleństwem i śmiechem. Nie dopisała głównie pogoda i dopiero dziś miałem okazję pójść na plażę, zobaczyć morze, którego nie widziałem już ładnych kilka lat. Zapomniałem już jaka to frajda przejść boso po plaży i czuć jak chłodna woda obmywa stopy. Mimo że temperatura powietrza i wody nie była powalająca, na plaży był tłum ludzi. Obstawieni parawanami, pozasłaniani parasolami, grający w piłkę i badmintona. Byli też odważni, którzy zdecydowali się na kąpiel. Szum fal sprzyjał małym refleksjom, ale i wyciszeniu. Podsumowałem sobie cały ten czas spędzony tutaj i znowu jestem rozdarty. Jak by to było, gdybym nigdy nie wyjeżdżał z Gdańska? A gdybym zdecydował się wrócić, dajmy na to za rok - po studiach? Doszedłem do wniosku, że mogłoby być całkiem fajnie, gdybym tylko nie mieszkał z rodziną. Rodzina wszystko komplikuje. Zresztą, po piątkowych wydarzeniach "rodzina" zdaje się być jedynie umownym terminem. Więzy krwi to przecież zdecydowanie za mało. W sumie nie wiem nawet co mam na ten temat myśleć. Wszystko wywróciło się do góry nogami. Poza tym, naprawdę dziwię się, w jaki sposób ja się tam uchowałem? To jest nielogiczne, żeby ktoś taki jak ja, wyszedł z tego domu i stał się tym, kim teraz jestem. Może to nieskromne z mojej strony, ale jednak uważam, że mimo wszystko wyszedłem na ludzi. Tymczasem mam dwóch braci alkoholików, a w dodatku ćpunów. Przy czym jeden z nich okazał się też damskim bokserem, co dosłownie wyrwało mnie z butów. Jakoś nie chciałem wierzyć, że to znowu się dzieje. Wyrwał się z jednego gówna i wytrwał tyle lat bez butelki tylko po to, aby wpakować się w coś innego. Taki substytut sobie znalazł. Na początku nie chciałem w to wierzyć, ale jednak w piątek sam zauważyłem, że coś jest nie tak. Przy okazji dowiedziałem się, że w sumie to on nigdy mnie nie lubił. Co prawda nie on mi to powiedział, ale jednak dziwnie się poczułem. Próba pocieszenia mnie wyszła chyba jeszcze gorzej i tylko pogrążyła "informatora". Wszystko jest takie dziwne, wręcz nierealne. A. próbował zrobić dzisiaj ze mnie pośrednika dealera, bo na mieście ciężko o klientów, a w Krakowie na pewno ktoś będzie potrzebował. Oczywiście udawałem, że nie słyszę, bo wdawanie się w dyskusję z nim nie ma najmniejszego sensu. Zresztą, wdawanie się w jakąkolwiek dyskusję z moim bratem sprowadza się do jego przechwałek, co też on nie wyczyniał, gdy był "najebany i naćpany jak świnia". Czyli dzień jak co dzień w jego wykonaniu. Prawdę mówiąc wstydzę się swojej "rodziny". Było tak od dawna. Gdy ktoś ze znajomych chciał się wprosić do mnie do domu zawsze wynajdywałem jakąś wymówkę, bo nie chciałem pokazywać nikomu tego cyrku. Nawet dziś, gdy ktoś sobie zażartuje, że wprosi się do mnie na wakacje, nerwowo się uśmiecham i staram się szybko zmienić temat. Inna sprawa, że nawet gdybym się ich nie wstydził, to bałbym się, że komuś stanie się krzywda. Oni są nieobliczalni. Zwłaszcza A. Umysł zbuntowanego nastolatka zamknięty w ciele dorosłego faceta. Jedyny plus jaki wynika z tego, że jesteśmy braćmi to protekcja. Każdy bandzior w promieniu kilku-kilkunastu kilometrów wie, czyim jestem bratem, a nawet jak nie wie, to wystarczy, że wspomnę tę durną ksywkę i wszystko jest jasne.
Do pozytywnych akcentów na pewno mogę zaliczyć sobotnie spotkanie z... hmmm. Chyba mogę ich nazwać przyjaciółmi. Tak mi się zdaje i mam taką ochotę. Myślę, że zasługują na to miano. Naprawdę świetnie się wczoraj z nimi bawiłem, mimo dość obciachowych akcji w naszym wykonaniu. Na pamiątkę został mi ślad nad brwią w postaci trzech wgłębień po kapslu od desperadosa, którego otworzyłem parapetem komisariatu policji. Tańce na stole, wężyk w Golden Gate, szczęśliwy kloszard w Absyncie, Trawiata na Targu Węglowym, goła dupa W. wraz z malinowymi spodniami J., które tak naprawdę były amarantowe. No i to nasze sikanie po krzakach. Uśmiałem się do łez i mam nadzieję, że uda mi się jeszcze wrócić do Gdańska w sierpniu i to powtórzyć.
Do pozytywnych akcentów na pewno mogę zaliczyć sobotnie spotkanie z... hmmm. Chyba mogę ich nazwać przyjaciółmi. Tak mi się zdaje i mam taką ochotę. Myślę, że zasługują na to miano. Naprawdę świetnie się wczoraj z nimi bawiłem, mimo dość obciachowych akcji w naszym wykonaniu. Na pamiątkę został mi ślad nad brwią w postaci trzech wgłębień po kapslu od desperadosa, którego otworzyłem parapetem komisariatu policji. Tańce na stole, wężyk w Golden Gate, szczęśliwy kloszard w Absyncie, Trawiata na Targu Węglowym, goła dupa W. wraz z malinowymi spodniami J., które tak naprawdę były amarantowe. No i to nasze sikanie po krzakach. Uśmiałem się do łez i mam nadzieję, że uda mi się jeszcze wrócić do Gdańska w sierpniu i to powtórzyć.
19 lipca 2012
Waste
Przebywanie w domu rodzinnym przyprawia mnie o jakąś chandrę. Nie mogę patrzeć na ten brak umiejętności gospodarowania nie tylko samym domem, ale także pieniędzmi. O ile do matki nie mogę mieć pretensji, bo w końcu ma już swoje lata i zdrowie też nie to co kiedyś, to jednak moi bracia wydają się żyć w innej rzeczywistości. Zawsze miałem pewien kompleks względem nich, bo to oni potrafili wszystko naprawić, oni byli bardziej zaradni życiowo i ich się bardziej chwaliło w tych dziedzinach. Wszystkiego nauczyli się od mojego ojca, czego mnie się osobiście nie udało. Ja zawsze byłem tym rozpieszczonym dzieckiem, które się skaleczy czy coś popsuje i lepiej, żeby ktoś inny spróbował wbić gwóźdź czy przytrzymał jakąś deskę. Tymczasem sytuacja wydaje się zgoła inna. Ja dalej mam dwie lewe ręce do prac manualnych, ale zdaje się, że braciom brakuje nieco wyobraźni. A. żyje z dnia na dzień, bez żadnej refleksji czy ambicji i skupia się jedynie na tym, aby mieć na piwo z kolegami i żeby matka postawiła obiad na stół. Nie mówię, że życie z dnia na dzień jest takie całkiem złe, bo w końcu ja też nie planuje swojej przyszłości w jakiś składny i przemyślany sposób. Jednak różnica jest taka, że ja mam 23 lata, a on 35. Natomiast jeśli chodzi o P. to sprawa wygląda inaczej. Jest najstarszy i najbardziej zaradny, ma dobre pomysły, tylko z wykonaniem już gorzej. Ciągle mam wrażenie, że ma taką potrzebę zaimponowania ludziom - kolegom, sąsiadom, swojej dziewczynie, dzieciom. Był jakiś czas w Norwegii, w Finlandii, w Niemczech, zarobił niezłe pieniądze, których część spożytkował w bardzo dobry sposób, inwestując w remont mieszkania oraz samochód. Tylko nie pomyślał już, żeby coś z tych pieniędzy odłożyć chociażby na jakąś lokatę czy głupi rachunek oszczędnościowy. Co do samego auta to, moim skromnym zdaniem, wcale nie jest mu potrzebne 10-letnie Audi A6, które pali jak smok, a i tak stoi pod domem, bo zawieszenie padło, a opony nie pamiętają, kiedy ostatni raz było w nich jakieś powietrze. Nieważne - stoi pod domem i robi "dobre" wrażenie i wszyscy widzą, że powodzi się. Osobiście bym wyremontował to pudło i sprzedał, kupując mniejsze auto, do którego będę w stanie kupić paliwo i opłacić AC/OC i inne pierdoły związane z użytkowaniem pojazdu.
Wszyscy ciągle tylko narzekają na brak pieniędzy, na brak pracy, na złe warunki. Jednak pojęcia takie jak "oszczędzanie" czy "planowanie wydatków" są im zupełnie obce. Kiedy zaśpią do roboty, pojawia się argument, że przecież "nie opłaca mi się iść na 5 godzin do pracy". Jak oni wyobrażają sobie takie życie? Dlaczego wszelkie rachunki i opłaty są mniej ważne od wieczornego piwka przed tv czy innych wydatków? Wszystko wydaje się być odwrotnie niż być powinno. Dom też stoi w ruinie. Kiedyś to było nie do pomyślenia. Mam dziwne przeczucie, że to wszystko będzie na mojej głowie za te 10 lat, jak nie wcześniej.
Coraz częściej chodzi mi po głowie wyjazd z Polski. Może nie na zawsze, ale żeby coś zarobić na start. Nawet ojciec mi to wczoraj doradzał, żeby uciekać stąd jak najdalej, mieć normalne życie, nie bać się spróbować. Może i jest w tym metoda, chociaż boli mnie strasznie fakt, że mój własny kraj, moja ojczyzna, nie potrafi mi zapewnić życia na chociaż średnim poziomie. Tzn inaczej. W tym momencie uważam, że poziom na jakim żyje nie jest wcale zły, ale w końcu jestem jeszcze studentem, więc moje potrzeby nie są takie znowu ogromne. Mieszkam w wynajmowanym mieszkaniu, wydatków nie mam dużo, ale przecież całe życie nie będzie tak wyglądało. Mam jeszcze rok, żeby wszystko przemyśleć. W sumie pojawiło się parę pomysłów w głowie i może coś kiedyś z tego wyjdzie, ale tak naprawdę czas pokaże. Chyba po raz pierwszy od dłuższego czasu widzę dla siebie jakąś szansę na dobre życie. Oby to nastawienie się utrzymało.
Wszyscy ciągle tylko narzekają na brak pieniędzy, na brak pracy, na złe warunki. Jednak pojęcia takie jak "oszczędzanie" czy "planowanie wydatków" są im zupełnie obce. Kiedy zaśpią do roboty, pojawia się argument, że przecież "nie opłaca mi się iść na 5 godzin do pracy". Jak oni wyobrażają sobie takie życie? Dlaczego wszelkie rachunki i opłaty są mniej ważne od wieczornego piwka przed tv czy innych wydatków? Wszystko wydaje się być odwrotnie niż być powinno. Dom też stoi w ruinie. Kiedyś to było nie do pomyślenia. Mam dziwne przeczucie, że to wszystko będzie na mojej głowie za te 10 lat, jak nie wcześniej.
Coraz częściej chodzi mi po głowie wyjazd z Polski. Może nie na zawsze, ale żeby coś zarobić na start. Nawet ojciec mi to wczoraj doradzał, żeby uciekać stąd jak najdalej, mieć normalne życie, nie bać się spróbować. Może i jest w tym metoda, chociaż boli mnie strasznie fakt, że mój własny kraj, moja ojczyzna, nie potrafi mi zapewnić życia na chociaż średnim poziomie. Tzn inaczej. W tym momencie uważam, że poziom na jakim żyje nie jest wcale zły, ale w końcu jestem jeszcze studentem, więc moje potrzeby nie są takie znowu ogromne. Mieszkam w wynajmowanym mieszkaniu, wydatków nie mam dużo, ale przecież całe życie nie będzie tak wyglądało. Mam jeszcze rok, żeby wszystko przemyśleć. W sumie pojawiło się parę pomysłów w głowie i może coś kiedyś z tego wyjdzie, ale tak naprawdę czas pokaże. Chyba po raz pierwszy od dłuższego czasu widzę dla siebie jakąś szansę na dobre życie. Oby to nastawienie się utrzymało.
15 lipca 2012
Rocket in the Sky
Wszystko toczy się tak szybko! Nie ma czasu zastanowić się nad dalszym rozwojem sytuacji. Nazbierało się tego trochę i nie wiem nawet od czego powinienem zacząć. Z nową "ekipą" dogaduję się całkiem nieźle, chociaż nadal czuję się lekko przytłoczony tym gwarem jaki tu panuje. Każdy z nas jest inny, każdy wnosi coś nowego i przez większość czasu jest raczej zabawnie. Moim faworytem jest M., który całe dnie stoi przed lustrem i podziwia swoje wątłe ciało pytając wszystkich domowników o opinie dotyczące braku muskulatury. Lubi także kreować sobie dodatkowe problemy związane ze swoim wiekiem, sytuacją życiową czy rozmieszczeniem poszczególnych mebli lub sprzętów w naszym mieszkaniu. P. niczym się w sumie nie wyróżnia. Najłatwiej się z nim dogadać, bardzo towarzyski, odczucia jak najbardziej pozytywne. No i G.
G. wydaje się być nieśmiały albo zachowywać spory dystans. W połączeniu z moim dystansem mamy dość spore zaległości w integracji i nie bardzo wiemy jak ze sobą rozmawiać. Pierwsze koty za płoty, jak to mówią. Ogólnie jestem zadowolony.
Tydzień temu świętowaliśmy urodziny P. w jednym z klubów w centrum. Szalona noc i największy kac mojego życia. Nie wiem nawet jak udało mi się wrócić do domu. Pamiętam tylko urywki, że gdzieś o 5 rano obudził mnie głos speakera w tramwaju, informujący mnie, że trasa dobiegła końca i powinienem opuścić pojazd, ale MPK Kraków dziękuje mi za skorzystanie z ich usług, oraz to, że byłem z Kubą w pewnym branżowym klubie, gdzie zostawił mnie na chwilę, żeby zapaść się pod ziemię. W tym momencie film mi się urwał. Gdzieś mi tam jeszcze migają dwie Drag Queens, jednak tego chyba nie chcę pamiętać.
Jakimś cudem nikt mnie nie okradł, nic nie zgubiłem, nie zarzygałem się, ani nic z tych rzeczy. Jedyne co mi dokuczało to tajemniczy ból pod lewym żebrem.
W między czasie w pracy tylko się pogarsza. Ktoś mądry wymyślił sobie, że od sierpnia będą tylko nocne zmiany. Oczywiście oznacza to koniec mojej współpracy, bo nie chcę pracować jak kret po nocach i to za takie pieniądze. Zobaczymy jak sytuacja się rozwinie, ale już powoli zaczynam rozglądać się za czymś nowym.
Wika zaprosiła mnie na szkolenie od siebie z pracy. W sumie szkolenie miało być jedynie tłem, gdzie na pierwszym miejscu stała impreza na koszt firmy. Byłem tam teoretycznie jako osoba towarzysząca, ale w teorii starałem się uważać na tych "wykładach", bo jednak były całkiem interesujące. Koniec końców, wyszło tak, że poznałem dyrektora owej firmy, który wyraził nadzieję, że dołączę do nich jako nowy pracownik. Nie ukrywam, że po takim szkoleniu, ta perspektywa wydała mi się całkiem interesująca i dużo bardziej prestiżowa niż stan obecny. Jednak nigdy nie jest tak, że nie ma haczyka. Nie wiem, czy byłbym w stanie sobie poradzić w takiej pracy. Co prawda nie muszę się tym zajmować tak strasznie poważnie, ale w takich kwestiach chyba nie lubię pół-środków. Na koniec dnia, kiedy wszyscy się rozjechali i zostaliśmy w 4 - ja, Wika, jej kierowniczka i dyrektor, zapadła decyzja, że idziemy zobaczyć co dzieje się na Dniach Dobczyc. Musieliśmy wyglądać co najmniej dziwnie. W garniturach, dziewczyny na szpilkach, ładnie ubrane, podczas gdy reszta przyszła pobawić się przy Arce Noego i pośmigać na karuzelach, tudzież wypić piwo. Dominowała młodzież gimnazjalna, kryjąca się z piwem w puszkach, gdzieś po krzakach. Po kilkunastu minutach w końcu sami znaleźliśmy się na jednej z karuzel. Miny ludzi były bezcenne, gdy schodziliśmy ledwo trzymając się na nogach, ale wciąż w nienagannych strojach i fryzurach. Oczywiście za tę małą przyjemność płacił dyrektor. Swoją drogą, bardzo fajny człowiek. Widać, że sodówa nie uderzyła mu do głowy i traktuje wszystkich jak równych sobie partnerów. To był fajnie spędzony dzień.
Teraz mogę cieszyć się tygodniowym urlopem, na który wybieram się do domu i mam nadzieję, że będzie okazja poleżeć na plaży i się poopalać. Strasznie mi tego brakuje. Oczywiście część czasu powinienem poświęcić na naukę, ale póki co jakoś mi to nie w głowie. Zobaczymy co z tego będzie. Jutro czeka mnie ekscytująca podróż - 9 godzin w pociągu. Może jakoś to przeżyję. Dobrze, że przynajmniej cena jest niska.
G. wydaje się być nieśmiały albo zachowywać spory dystans. W połączeniu z moim dystansem mamy dość spore zaległości w integracji i nie bardzo wiemy jak ze sobą rozmawiać. Pierwsze koty za płoty, jak to mówią. Ogólnie jestem zadowolony.
Tydzień temu świętowaliśmy urodziny P. w jednym z klubów w centrum. Szalona noc i największy kac mojego życia. Nie wiem nawet jak udało mi się wrócić do domu. Pamiętam tylko urywki, że gdzieś o 5 rano obudził mnie głos speakera w tramwaju, informujący mnie, że trasa dobiegła końca i powinienem opuścić pojazd, ale MPK Kraków dziękuje mi za skorzystanie z ich usług, oraz to, że byłem z Kubą w pewnym branżowym klubie, gdzie zostawił mnie na chwilę, żeby zapaść się pod ziemię. W tym momencie film mi się urwał. Gdzieś mi tam jeszcze migają dwie Drag Queens, jednak tego chyba nie chcę pamiętać.
Jakimś cudem nikt mnie nie okradł, nic nie zgubiłem, nie zarzygałem się, ani nic z tych rzeczy. Jedyne co mi dokuczało to tajemniczy ból pod lewym żebrem.
W między czasie w pracy tylko się pogarsza. Ktoś mądry wymyślił sobie, że od sierpnia będą tylko nocne zmiany. Oczywiście oznacza to koniec mojej współpracy, bo nie chcę pracować jak kret po nocach i to za takie pieniądze. Zobaczymy jak sytuacja się rozwinie, ale już powoli zaczynam rozglądać się za czymś nowym.
Wika zaprosiła mnie na szkolenie od siebie z pracy. W sumie szkolenie miało być jedynie tłem, gdzie na pierwszym miejscu stała impreza na koszt firmy. Byłem tam teoretycznie jako osoba towarzysząca, ale w teorii starałem się uważać na tych "wykładach", bo jednak były całkiem interesujące. Koniec końców, wyszło tak, że poznałem dyrektora owej firmy, który wyraził nadzieję, że dołączę do nich jako nowy pracownik. Nie ukrywam, że po takim szkoleniu, ta perspektywa wydała mi się całkiem interesująca i dużo bardziej prestiżowa niż stan obecny. Jednak nigdy nie jest tak, że nie ma haczyka. Nie wiem, czy byłbym w stanie sobie poradzić w takiej pracy. Co prawda nie muszę się tym zajmować tak strasznie poważnie, ale w takich kwestiach chyba nie lubię pół-środków. Na koniec dnia, kiedy wszyscy się rozjechali i zostaliśmy w 4 - ja, Wika, jej kierowniczka i dyrektor, zapadła decyzja, że idziemy zobaczyć co dzieje się na Dniach Dobczyc. Musieliśmy wyglądać co najmniej dziwnie. W garniturach, dziewczyny na szpilkach, ładnie ubrane, podczas gdy reszta przyszła pobawić się przy Arce Noego i pośmigać na karuzelach, tudzież wypić piwo. Dominowała młodzież gimnazjalna, kryjąca się z piwem w puszkach, gdzieś po krzakach. Po kilkunastu minutach w końcu sami znaleźliśmy się na jednej z karuzel. Miny ludzi były bezcenne, gdy schodziliśmy ledwo trzymając się na nogach, ale wciąż w nienagannych strojach i fryzurach. Oczywiście za tę małą przyjemność płacił dyrektor. Swoją drogą, bardzo fajny człowiek. Widać, że sodówa nie uderzyła mu do głowy i traktuje wszystkich jak równych sobie partnerów. To był fajnie spędzony dzień.
Teraz mogę cieszyć się tygodniowym urlopem, na który wybieram się do domu i mam nadzieję, że będzie okazja poleżeć na plaży i się poopalać. Strasznie mi tego brakuje. Oczywiście część czasu powinienem poświęcić na naukę, ale póki co jakoś mi to nie w głowie. Zobaczymy co z tego będzie. Jutro czeka mnie ekscytująca podróż - 9 godzin w pociągu. Może jakoś to przeżyję. Dobrze, że przynajmniej cena jest niska.
04 lipca 2012
Never Easy
Chyba zbyt długo wszystko szło gładko. Powinienem się już przyzwyczaić do tej cykliczności zwycięstw i porażek. Ciągle jednak występuje ten element zaskoczenia. Nie jestem na tyle głupi, aby sądzić, że zawsze będzie kolorowo, ale zazwyczaj wszystko wali się w najmniej oczekiwanym momencie. Znowu jestem w martwym punkcie, z którego nie wydostanę się, póki nie odpowiem sam przed sobą na kilka pytań. Tylko cholera wie, jak długo będę szukał na nie odpowiedzi. Na niektóre z nich, odpowiedź muszę znać już, teraz, zaraz, a ja mam w głowie totalną pustkę. Oczywiście znowu jestem w sytuacji, w której muszę dokonać niemal niemożliwego. Czy ja się nigdy nie nauczę? Nie wiem od czego zacząć. Dostałem się w krzyżowy ogień zobowiązań, wymagań, deadline'ów, oczekiwań. Najbliższe dwa miesiące to będzie jakieś piekło.
Pisarz w końcu się wyprowadził. Co za ulga. Nie mogłem już tego dłużej znieść. Nie wiem tylko dlaczego zostawił w pokoju całą szafkę butelek po browarze - przecież niby nie pije - oraz nowe opakowanie rajstop. Tajemnicza sprawa. Jego pokój wymagał solidnego wietrzenia i sprzątania. Nowi koledzy jednak poradzili sobie dość sprawnie. Nie mogę się jednak przyzwyczaić do nowych warunków mieszkania. Teraz tętni tu życiem. Wszędzie ktoś chodzi, wszędzie pełno czyichś rzeczy, jest z kim porozmawiać. Nie spodziewałem się takiego szoku z mojej strony. Jakoś to przeżyję.
Czy ludzie w tym mieście nie wiedzą, że ziewając należy zasłonić usta? Takie to trudne do pojęcia, że nie każdy chce oglądać zawartość jamy ustnej przypadkowego człowieka? Gdzie bym nie spojrzał tam widzę czyjąś rozdziawioną paszczę. Buractwo krakowskie.
Pisarz w końcu się wyprowadził. Co za ulga. Nie mogłem już tego dłużej znieść. Nie wiem tylko dlaczego zostawił w pokoju całą szafkę butelek po browarze - przecież niby nie pije - oraz nowe opakowanie rajstop. Tajemnicza sprawa. Jego pokój wymagał solidnego wietrzenia i sprzątania. Nowi koledzy jednak poradzili sobie dość sprawnie. Nie mogę się jednak przyzwyczaić do nowych warunków mieszkania. Teraz tętni tu życiem. Wszędzie ktoś chodzi, wszędzie pełno czyichś rzeczy, jest z kim porozmawiać. Nie spodziewałem się takiego szoku z mojej strony. Jakoś to przeżyję.
Czy ludzie w tym mieście nie wiedzą, że ziewając należy zasłonić usta? Takie to trudne do pojęcia, że nie każdy chce oglądać zawartość jamy ustnej przypadkowego człowieka? Gdzie bym nie spojrzał tam widzę czyjąś rozdziawioną paszczę. Buractwo krakowskie.
09 czerwca 2012
The Rhythm of the Night
Lubię te powroty nocami do domu. Nieważne skąd wracam. Ważne jest to uczucie, kiedy idę przez miasto ze słuchawkami na uszach, a moje kroki są idealnie wpasowane w rytm muzyki, którą przecież tylko ja słyszę. Może padać deszcz, może padać śnieg, może być gorąco, może być zimno - to wszystko tylko detale, które przestają się liczyć. Jedyne co ma jakiekolwiek znaczenie to ta namiastka wolności, która pozostała w tym dziwnym świecie. Chociaż... po krótkim namyśle stwierdzam, że deszcz i nocny powrót do domu to jednak coś fantastycznego. Ale nie żadna ulewa. Bez przesadyzmu. Musi padać w sam raz, tak jak wczoraj! W sumie to było już dzisiaj, ale to także tylko detal. Przecież jutro robi się dopiero jak człowiek położy się i prześpi odpowiednią ilość godzin.
Wczoraj zaczęło się to całe Euro 2012. Myślałem, że raczej nie będzie mnie to w żadnym stopniu dotyczyło. Myliłem się. Dziewczyny (!) wyciągnęły mnie na miasto. Do knajpy. Żeby oglądać mecz. Z innymi ludźmi! Ja! W takim miejscu, w takich okolicznościach? Niemożliwe. W sumie ja zaproponowałem wyjście na piwo, ale nie sądziłem, że tak to się skończy. Najlepsze w tym wszystkim jest to, że pomimo pewnego oporu i ogólnego braku zainteresowania tematyką piłkarską... podobało mi się. Nie tego się spodziewałem. Oczyma wyobraźni widziałem raczej bandy kiboli, którzy będą chcieli zabić każdego kto krzywo się spojrzy. Miła niespodzianka, bo w sali była jednak przyjazna atmosfera. Normalni ludzie. Po trzeciej akcji wszyscy już byliśmy "swoi", a nawet mi udzieliły się emocje. Po trzech piwach i skończonym meczu udaliśmy się na dalsze zwiedzanie miasta. Na ulicach widać było masę zrezygnowanych i podnieconych ludzi. Ogólne poruszenie spowodowane wynikiem. Tego wieczora czekało na nas jeszcze wiele atrakcji i oczywiście przepuściłem tyle pieniędzy, że boję się spojrzeć na stan konta. Życie towarzyskie to droga inwestycja. U K. "obejrzeliśmy" przedziwny film produkcji tureckiej. Jakaś komedia o dziwnym kolesiu, który zaliczał się raczej do ćwierćinteligentów i jeździł... Maluchem. Skąd Maluch w Turcji? Nie mam pojęcia o co chodziło w tym filmie, bo większość przespałem. Potem odprowadziłem drugą K. do domu, a sam musiałem przebiec dość spory dystans, aby zdążyć na nocny. O dziwo nie dostałem nawet zadyszki i jakimś cudem nie sapałem ledwo żywy przez 3/4 drogi do domu. Czego chcieć więcej? Życie jak w Madrycie.
No i tych biednych Czechów szkoda.
Wczoraj zaczęło się to całe Euro 2012. Myślałem, że raczej nie będzie mnie to w żadnym stopniu dotyczyło. Myliłem się. Dziewczyny (!) wyciągnęły mnie na miasto. Do knajpy. Żeby oglądać mecz. Z innymi ludźmi! Ja! W takim miejscu, w takich okolicznościach? Niemożliwe. W sumie ja zaproponowałem wyjście na piwo, ale nie sądziłem, że tak to się skończy. Najlepsze w tym wszystkim jest to, że pomimo pewnego oporu i ogólnego braku zainteresowania tematyką piłkarską... podobało mi się. Nie tego się spodziewałem. Oczyma wyobraźni widziałem raczej bandy kiboli, którzy będą chcieli zabić każdego kto krzywo się spojrzy. Miła niespodzianka, bo w sali była jednak przyjazna atmosfera. Normalni ludzie. Po trzeciej akcji wszyscy już byliśmy "swoi", a nawet mi udzieliły się emocje. Po trzech piwach i skończonym meczu udaliśmy się na dalsze zwiedzanie miasta. Na ulicach widać było masę zrezygnowanych i podnieconych ludzi. Ogólne poruszenie spowodowane wynikiem. Tego wieczora czekało na nas jeszcze wiele atrakcji i oczywiście przepuściłem tyle pieniędzy, że boję się spojrzeć na stan konta. Życie towarzyskie to droga inwestycja. U K. "obejrzeliśmy" przedziwny film produkcji tureckiej. Jakaś komedia o dziwnym kolesiu, który zaliczał się raczej do ćwierćinteligentów i jeździł... Maluchem. Skąd Maluch w Turcji? Nie mam pojęcia o co chodziło w tym filmie, bo większość przespałem. Potem odprowadziłem drugą K. do domu, a sam musiałem przebiec dość spory dystans, aby zdążyć na nocny. O dziwo nie dostałem nawet zadyszki i jakimś cudem nie sapałem ledwo żywy przez 3/4 drogi do domu. Czego chcieć więcej? Życie jak w Madrycie.
No i tych biednych Czechów szkoda.
29 maja 2012
Holy shine
Znowu miałem dłuższą przerwę w pisaniu, ale jeszcze na maj się załapałem! Generalnie to nie tak, że nie było o czym pisać, bo bywały momenty, w których myśli kotłowały się w głowie, same prosząc się o przelanie na... "wirtualny papier". Nie było tylko ochoty i siły.
Strasznie drażni mnie fakt, że spalam się tak szybko. Czasem przychodzi szansa na coś niesamowitego, przyjemnego, na coś co może sprawić, że człowiek staje się szczęśliwy - albo przynajmniej tak mu się wydaje - a ja szybko z niej rezygnuję, twierdząc, że tak naprawdę to nie tego potrzebuję. Chyba chodzi o to, że sam często nie potrafię dać sobie szansy, bo na drodze przed sobą widzę tylko przeszkody. Dobra, skończyła mi się wena do narzekania na swoją egzystencję.
Jakiś tydzień temu, jadąc do pracy moją "ulubioną" 23-ką, zobaczyłem coś niezwykłego. Nie wiem, czy wcześniej po prostu nie zwracałem uwagę na tych ludzi czy może jeździliśmy innym kursem, a może oni dopiero zaczęli jeździć mpk do pracy... W każdym razie chodzi o to, że codziennie rano widzę w tramwaju pewną parę - kobietę i mężczyznę. Niby nic niezwykłego, oboje gdzieś koło czterdziestki, wyglądają na typowych pracowników biurowych, ubrani schludnie i elegancko, ale nie sztywno - żadne ą i ę, ale... No właśnie, jest jeszcze to "ale". Zawsze wsiadają na tym samym przystanku, zawsze ze sobą rozmawiają, na nikogo nie patrzą, nikogo nie słuchają - oprócz siebie. I tak patrząc na nich, zobaczyłem, że bije od nich coś pięknego. Pomyślałem, że muszą być albo bardzo dobrymi przyjaciółmi albo łączy ich coś więcej. Kiedy rozmawiają, wygląda to tak, jakby mieli jakiś swój wielki sekret, którego i tak nikt nie byłby w stanie zrozumieć. Uśmiechają się do siebie i patrzą na siebie w tak specyficzny sposób, że aż człowiek czuje takie małe ukłucie zazdrości, ale mimo to nie czuje potrzeby odebrania im tego. Teraz codziennie zastanawiam się, jaka jest prawda. Może on ma żonę, a ona męża, ale w tych związkach nie ma tego, co jest między nimi? A może tylko jedno z nich jest w związku i balansuje na krawędzi zdrady? A może oboje są singlami, którym w życiu wcześniej nie wychodziło i dopiero teraz dostali swoją szansę, ale boją się poruszyć, aby tego nie zepsuć. Obserwowanie ludzi to fantastyczna rzecz. Zawsze lubiłem to robić. Nie żebym był jakimś zboczeńcem. Po prostu wolę patrzeć na wszystkich z takiej perspektywy, jakby mnie to nie dotyczyło. Chociaż czasem obraca się to przeciwko mnie. Nie wiem, kiedy przestać.
Strasznie drażni mnie fakt, że spalam się tak szybko. Czasem przychodzi szansa na coś niesamowitego, przyjemnego, na coś co może sprawić, że człowiek staje się szczęśliwy - albo przynajmniej tak mu się wydaje - a ja szybko z niej rezygnuję, twierdząc, że tak naprawdę to nie tego potrzebuję. Chyba chodzi o to, że sam często nie potrafię dać sobie szansy, bo na drodze przed sobą widzę tylko przeszkody. Dobra, skończyła mi się wena do narzekania na swoją egzystencję.
Jakiś tydzień temu, jadąc do pracy moją "ulubioną" 23-ką, zobaczyłem coś niezwykłego. Nie wiem, czy wcześniej po prostu nie zwracałem uwagę na tych ludzi czy może jeździliśmy innym kursem, a może oni dopiero zaczęli jeździć mpk do pracy... W każdym razie chodzi o to, że codziennie rano widzę w tramwaju pewną parę - kobietę i mężczyznę. Niby nic niezwykłego, oboje gdzieś koło czterdziestki, wyglądają na typowych pracowników biurowych, ubrani schludnie i elegancko, ale nie sztywno - żadne ą i ę, ale... No właśnie, jest jeszcze to "ale". Zawsze wsiadają na tym samym przystanku, zawsze ze sobą rozmawiają, na nikogo nie patrzą, nikogo nie słuchają - oprócz siebie. I tak patrząc na nich, zobaczyłem, że bije od nich coś pięknego. Pomyślałem, że muszą być albo bardzo dobrymi przyjaciółmi albo łączy ich coś więcej. Kiedy rozmawiają, wygląda to tak, jakby mieli jakiś swój wielki sekret, którego i tak nikt nie byłby w stanie zrozumieć. Uśmiechają się do siebie i patrzą na siebie w tak specyficzny sposób, że aż człowiek czuje takie małe ukłucie zazdrości, ale mimo to nie czuje potrzeby odebrania im tego. Teraz codziennie zastanawiam się, jaka jest prawda. Może on ma żonę, a ona męża, ale w tych związkach nie ma tego, co jest między nimi? A może tylko jedno z nich jest w związku i balansuje na krawędzi zdrady? A może oboje są singlami, którym w życiu wcześniej nie wychodziło i dopiero teraz dostali swoją szansę, ale boją się poruszyć, aby tego nie zepsuć. Obserwowanie ludzi to fantastyczna rzecz. Zawsze lubiłem to robić. Nie żebym był jakimś zboczeńcem. Po prostu wolę patrzeć na wszystkich z takiej perspektywy, jakby mnie to nie dotyczyło. Chociaż czasem obraca się to przeciwko mnie. Nie wiem, kiedy przestać.
22 kwietnia 2012
And it really breaks my heart.
Nie mogę się pozbyć tego cholernego uczucia. Jakby serce miało mi pęknąć. Tak zupełnie bez powodu. Rozpaść się na kawałki i po prostu zakończyć swe bicie. Nie potrafię doszukać się przyczyny takiego stanu. Co gorsza, inni też to we mnie zaczynają widzieć. Od dwóch dni słyszę tylko jak pytają: Masz kryzys? Coś się stało? Wyglądasz na zmęczonego i jesteś jakiś bez życia. Jestem zmęczony. Cholernie zmęczony. Doba dzieli się na czas kiedy pracuję, czas kiedy śpię i czas kiedy jem. Mimo wszystko zmęczenie, które daje mi się we znaki, nie jest zmęczeniem fizycznym. To byłoby całkiem miłe. Coś mnie zżera od środka. Wszystko przestaje mieć znaczenie. Ciało to tylko ciało. Człowiek jest tylko człowiekiem. Czuję jakbym był ślepcem, u którego nie wyostrzyły się inne zmysły na miejsce utraconego wzroku. Dotykam, czuję, słyszę, smakuję, ale w istocie ani trochę nie zastępuje to tego brakującego elementu. W głowie ciągle kłębią się myśli i nasuwają pytania, które zostają bez odpowiedzi. Piętrzą się tylko nieskończenie. Obawiam się, że już tak zostanie na zawsze. Masochizm.
09 kwietnia 2012
Nie jestem biały i nie jestem czarny.
Święta to dziwny i trudny dla mnie czas. Muszę swój pobyt w rodzinnym mieście podzielić na dwie części - pobyt u matki i pobyt u ojca. Obie te części różnią się zasadniczo. Już dawno zauważyłem ten podział. U matki jest bardziej na luzie, swojsko, prosto, ale i bardziej dramatycznie. Wszystkie najbardziej przypałowe akcje wydarzyły się w moim domu rodzinnym. Nie oznacza to, że rodzina ze strony matki to totalne wieśniaki. Jak trzeba to potrafią się zachować jak trzeba, tylko czasem nie znają umiaru. Często myślę, że nie pasuję ani trochę do tego klimatu. Jestem za sztywny. Chociaż bawią mnie okrutne żarty moich braci i całe opowieści o dziejach mojej wioski i personach przewijających się w jej historii - o Pięknej Pani Dance, która ma trzy córki pijaczki, z czego jedna oddała własnego dzieciaka do domu dziecka; o Elżbiecie, której małżonek Jerzyk wraz z synem Tomaszem zamawiają taryfą kaczkę ze śliwką do domu, a tak w ogóle to Tomasz jest dyrektorem w Castoramie, tylko ostatnio stał na ochronie; o świętej pamięci Ryśku (aka Taisho), co się zachlał na śmierć; o tym, że u sąsiadów jest cały zwierzyniec - Kobra, Koński Łeb, Kot i Kundel; o miejscowych pijaczkach; o sąsiadce, która co trzy miesiące chodzi po domach i pyta, czy może wziąć tusz, a przy tym jest obleśna do kwadratu. Dziś śmiałem się, że moi bracia powinni napisać jakąś kronikę czy coś w tym rodzaju, wraz z oryginalnymi tekstami, których zwykły śmiertelnik, nie uczestniczący w życiu mojej wioski, nie jest w stanie ogarnąć. Na dobrą sprawę, poziom był niekiedy żenujący, ale przynajmniej nie było tego poczucia, że czuję się gorszy niż oni. Dokuczała jedynie ta świadomość odmienności, braku wpasowania się w towarzystwo. U ojca z kolei jest zupełnie inna bajka. Wszyscy są tacy "ą" i "ę", obyci w każdym temacie, wygadani, błyskotliwi i tak naprawdę idealni do porzygu. Lubię ich, bo przyjemnie spędza się z nimi czas, ale jednak z trudem muszę przyznać, że przez lata nabawiłem się przez nich ogromnych kompleksów. Zawsze czułem się jak czarna owca, w porównaniu z kuzynostwem. Ciągle się to jakoś na mnie odbija. Widać to na każdym kroku - oni stawiają przede wszystkim na karierę: on jest wojskowym, ona pracuje w jakiejś firmie, gdzie ma służbowe auto i cholera wie co jeszcze, mimo że jest młodsza ode mnie. A ja? Co mam ja? Do czego ja dążę? Mnie chodzi jedynie o to, aby przeżyć swój czas w spokoju i względnym zdrowiu, tak żeby nie być na niczyjej łasce. Wcale nie muszę mieć góry pieniędzy, pięknego domu, samochodu etc. Chciałbym też znaleźć kogoś, z kim będę mógł dzielić ten czas, chociaż już się w pewnym sensie zacząłem godzić z myślą, że może to być trudne do zrealizowania. Jestem trudnym człowiekiem. Stwarzam sobie problemy, których najprawdopodobniej nie ma, nie potrafię szczerze porozmawiać o tym, co mnie boli i o tym co czuję. Trudno budować coś trwałego z taką osobą. Jak mogę się z nimi równać? Czasem pocieszam się, że to też kwestia różnic w wychowaniu. Moi rodzice mnie zawsze rozpieszczali, dlatego teraz potrafię niewiele, chociaż staram się nadgonić. Wujek znowu ich tak zahartował, że nie ma nawet mowy, żeby dał im coś za darmo - może odsprzedać, albo niech spadają. W dni takie jak dziś, gdy mam okazję siedzieć z nimi wszystkimi i obserwować to niejako z boku, widzę te wszystkie różnice, widzę tę przepaść jaka nas dzieli. Czasem mam wrażenie, że mój własny ojciec żałuje tego, że ja nie jestem inny, że nie może się mną pochwalić, że nie potrafię zabłysnąć w tym towarzystwie. Tylko siedzę i uśmiecham się głupio, popijając Johnny'ego Walkera, bo przecież gorszych trunków się tu nie pije. Przynajmniej nie jako gwóźdź programu. Atrakcją wieczoru był moment, kiedy zaczęto prezentować zawartość "barku" - 3- i 5-litrowy Smirnoff, Rakija, którą przywiozłem z Chorwacji (jedyny prezent ode mnie, którym ojciec mógł się pochwalić), "książki" (nalewki, wódki i inne trunki w opakowaniu na wzór książek) etc. Szczególnie dziwnie czułem się także na samym początku, jak tylko przekroczyłem próg mieszkania - wszyscy spojrzeli na mnie jakbym przyleciał z kosmosu: "Ale Ty jesteś chudy!", "Nawet nie masz siły dźwigać tej torby!" lub same wymowne spojrzenia z nutką politowania. Może po prostu przesadzam i to wszystko to wytwory mojej wyobraźni, podlanej tendencją do ostrej samokrytyki? Najgorsza w tym wszystkim jest właśnie ta świadomość tego, że odstaje się od reszty. Chociaż był czas, kiedy na siłę starałem się być kimś innym, kimś lepszym, kimś wyjątkowym, kimś oryginalnym, nietuzinkowym, niestandardowym. W gruncie rzeczy to dość chore, bo do czego mnie to niby doprowadziło? Swoją drogą, to ten Johnny Walker ma jakąś magiczną moc rozwiązywania języka, bo chociaż wypiłem go dość sporo i nie czuję się schlany jak świnia, to bardzo się otwieram, jak widać po długości posta. Pomijam jego jakość. Nie zastanawiam się nad formą i stylistyką - po prostu piszę co mi przyjdzie na myśl, czyli to wszystko co mi się przez cały dzień w tym pustym baniaku zebrało.
Jutro każą mi iść do kościoła. Jakaś tragedia. Nie byłem w kościele od lat, bo niby po co? Ale jutro wypada rocznica śmierci dziadka. Nawet nie wiem która. Ten czas ucieka tak szybko, że straciłem już rachubę. Coś czuję, że ta noc będzie obrzydliwie długa. Nie dość, że kolana się odzywają to mózg wykazuje wzmożoną aktywność w postaci miliona myśli na minutę. Z jednej strony chciałbym już być w pociągu do Krakowa. Przynajmniej skończę te książki, które już zacząłem - "Zawieście Czerwone Latarnie" i "Podróż do Afganistanu" - zaskakująco szybko mi poszło czytanie. Polecam. W Matrasie dałem za nie grosze, a lektury całkiem fajne, jeśli ktoś lubi ten typ literatury. Aczkolwiek Su Tong przesadził z tą nowelą o zbieraniu psich gówien z drogi. Ale może jednak nie będę zdradzał fabuły.
Maanam nie chce się ode mnie odczepić. W dodatku, w mojej pamięci ciągle miga pewien Ktoś, kto był dla mnie ważny, ale wtedy tego nie doceniałem, a teraz już nic z tego nie pozostało. Jak już wspominałem - dobry jestem w stwarzaniu sobie problemów. Dziś mógłbym jeszcze długo tak pisać o głupotach, ale może przystopuję. I tak pewnie mało kto dotrwa do końca. No i nastąpił przełom! Pierwszy post z polskim tytułem.
Jutro każą mi iść do kościoła. Jakaś tragedia. Nie byłem w kościele od lat, bo niby po co? Ale jutro wypada rocznica śmierci dziadka. Nawet nie wiem która. Ten czas ucieka tak szybko, że straciłem już rachubę. Coś czuję, że ta noc będzie obrzydliwie długa. Nie dość, że kolana się odzywają to mózg wykazuje wzmożoną aktywność w postaci miliona myśli na minutę. Z jednej strony chciałbym już być w pociągu do Krakowa. Przynajmniej skończę te książki, które już zacząłem - "Zawieście Czerwone Latarnie" i "Podróż do Afganistanu" - zaskakująco szybko mi poszło czytanie. Polecam. W Matrasie dałem za nie grosze, a lektury całkiem fajne, jeśli ktoś lubi ten typ literatury. Aczkolwiek Su Tong przesadził z tą nowelą o zbieraniu psich gówien z drogi. Ale może jednak nie będę zdradzał fabuły.
Maanam nie chce się ode mnie odczepić. W dodatku, w mojej pamięci ciągle miga pewien Ktoś, kto był dla mnie ważny, ale wtedy tego nie doceniałem, a teraz już nic z tego nie pozostało. Jak już wspominałem - dobry jestem w stwarzaniu sobie problemów. Dziś mógłbym jeszcze długo tak pisać o głupotach, ale może przystopuję. I tak pewnie mało kto dotrwa do końca. No i nastąpił przełom! Pierwszy post z polskim tytułem.
05 kwietnia 2012
Beautiful Burnout
Jakoś nie potrafię się z tym uporać. Z tym stanem, w jakim się znajduję. Przytłaczające. Wydaje mi się, że moje serce ugina się pod niebywale dużym ciężarem. Jakby miało zaraz pęknąć i rozpłaszczyć się jak naleśnik. Uczucie z serii tych najbardziej trudnych do określenia. Najgorsze co może człowieka spotkać - niepewność uczuć. Gdy jesteś szczęśliwy lub nieszczęśliwy przynajmniej czujesz, że żyjesz. W sercu maluje się konkretny obraz i jesteś w stanie na niego zareagować - śmiejesz się lub rozpaczasz. Zawsze czekam na ten moment, kiedy po długim czasie tej nieokreśloności uczuć, w końcu zalewa mnie fala, z którą coś idzie. Nieważne czy to łzy i smutek czy też szalona euforia. Cokolwiek, co pozwoli czuć się człowiekiem. Nie znając swoich uczuć nie możemy nazywać się ludźmi. Do takich wniosków przynajmniej doszedłem, jak dotychczas. Głównie obserwując samego siebie. Chociaż może nie jestem najlepszym przykładem do tego typu "badań". Prawda jest chyba taka, że jestem dość strasznym człowiekiem. Wydaje mi się, że potrafię dawać tylko złudne nadzieje, by za chwile je odebrać i podeptać. Szybko się spalam, a ogień trawi także tych, którzy są zbyt blisko. Potem zostaje tylko popiół, a ja jestem już kimś innym. Wtedy nawet nie rozpoznaję siebie. Ba. Nawet nie wiem kim jest to moje "ja". Nie potrafię tego określić. Wtedy ludzie wypytują mnie o przyczyny mojego zachowania i inne tego typu rzeczy, na które odpowiedzi nie potrafię im udzielić. Sama rozmowa zresztą jest dla mnie czymś strasznym. Nie umiem tego robić. Nie w wypadku, kiedy to dotyka i dotyczy mnie i tego co czuję, albo tego czego nie czuję. Czasem myślę, że to moja chora duma nie pozwala mi na niektóre posunięcia. Kiedy raz postanawiasz zamknąć się na świat, trudno jest później otworzyć się na nowo. Powiedziałbym, że jest to wręcz niemożliwe. Niektórych ran nawet czas nie jest w stanie uleczyć. Muszę to wszystko jakoś przeczekać, a potem znowu zacząć od początku. Może nie popełnię tych samych błędów? To takie rozczarowujące, kiedy dajesz sobie kolejną szansę, a za chwilę wiesz, że z chwilą gdy sobie ją dałeś, tak naprawdę wszystko się skończyło. Zaprzepaściłeś ją.
Rozmowa to okropne nudziarstwo. Sprowadza się do tego, że ty mnie okłamujesz, a ja ciebie. Kiedy ludzie zaczynają rozmawiać, podejmują pełną hipokryzji grę manifestowania uczuć.
Lotos (Su Tong, Zawieście Czerwone Latarnie)
PS Od dwóch godzin usiłuję się spakować, ale jakoś za cholerę nie wychodzi. Może w ogóle się nie spakuję i pojadę na spontanie?
Subskrybuj:
Posty (Atom)