Znowu miałem dłuższą przerwę w pisaniu, ale jeszcze na maj się załapałem! Generalnie to nie tak, że nie było o czym pisać, bo bywały momenty, w których myśli kotłowały się w głowie, same prosząc się o przelanie na... "wirtualny papier". Nie było tylko ochoty i siły.
Strasznie drażni mnie fakt, że spalam się tak szybko. Czasem przychodzi szansa na coś niesamowitego, przyjemnego, na coś co może sprawić, że człowiek staje się szczęśliwy - albo przynajmniej tak mu się wydaje - a ja szybko z niej rezygnuję, twierdząc, że tak naprawdę to nie tego potrzebuję. Chyba chodzi o to, że sam często nie potrafię dać sobie szansy, bo na drodze przed sobą widzę tylko przeszkody. Dobra, skończyła mi się wena do narzekania na swoją egzystencję.
Jakiś tydzień temu, jadąc do pracy moją "ulubioną" 23-ką, zobaczyłem coś niezwykłego. Nie wiem, czy wcześniej po prostu nie zwracałem uwagę na tych ludzi czy może jeździliśmy innym kursem, a może oni dopiero zaczęli jeździć mpk do pracy... W każdym razie chodzi o to, że codziennie rano widzę w tramwaju pewną parę - kobietę i mężczyznę. Niby nic niezwykłego, oboje gdzieś koło czterdziestki, wyglądają na typowych pracowników biurowych, ubrani schludnie i elegancko, ale nie sztywno - żadne ą i ę, ale... No właśnie, jest jeszcze to "ale". Zawsze wsiadają na tym samym przystanku, zawsze ze sobą rozmawiają, na nikogo nie patrzą, nikogo nie słuchają - oprócz siebie. I tak patrząc na nich, zobaczyłem, że bije od nich coś pięknego. Pomyślałem, że muszą być albo bardzo dobrymi przyjaciółmi albo łączy ich coś więcej. Kiedy rozmawiają, wygląda to tak, jakby mieli jakiś swój wielki sekret, którego i tak nikt nie byłby w stanie zrozumieć. Uśmiechają się do siebie i patrzą na siebie w tak specyficzny sposób, że aż człowiek czuje takie małe ukłucie zazdrości, ale mimo to nie czuje potrzeby odebrania im tego. Teraz codziennie zastanawiam się, jaka jest prawda. Może on ma żonę, a ona męża, ale w tych związkach nie ma tego, co jest między nimi? A może tylko jedno z nich jest w związku i balansuje na krawędzi zdrady? A może oboje są singlami, którym w życiu wcześniej nie wychodziło i dopiero teraz dostali swoją szansę, ale boją się poruszyć, aby tego nie zepsuć. Obserwowanie ludzi to fantastyczna rzecz. Zawsze lubiłem to robić. Nie żebym był jakimś zboczeńcem. Po prostu wolę patrzeć na wszystkich z takiej perspektywy, jakby mnie to nie dotyczyło. Chociaż czasem obraca się to przeciwko mnie. Nie wiem, kiedy przestać.
29 maja 2012
22 kwietnia 2012
And it really breaks my heart.
Nie mogę się pozbyć tego cholernego uczucia. Jakby serce miało mi pęknąć. Tak zupełnie bez powodu. Rozpaść się na kawałki i po prostu zakończyć swe bicie. Nie potrafię doszukać się przyczyny takiego stanu. Co gorsza, inni też to we mnie zaczynają widzieć. Od dwóch dni słyszę tylko jak pytają: Masz kryzys? Coś się stało? Wyglądasz na zmęczonego i jesteś jakiś bez życia. Jestem zmęczony. Cholernie zmęczony. Doba dzieli się na czas kiedy pracuję, czas kiedy śpię i czas kiedy jem. Mimo wszystko zmęczenie, które daje mi się we znaki, nie jest zmęczeniem fizycznym. To byłoby całkiem miłe. Coś mnie zżera od środka. Wszystko przestaje mieć znaczenie. Ciało to tylko ciało. Człowiek jest tylko człowiekiem. Czuję jakbym był ślepcem, u którego nie wyostrzyły się inne zmysły na miejsce utraconego wzroku. Dotykam, czuję, słyszę, smakuję, ale w istocie ani trochę nie zastępuje to tego brakującego elementu. W głowie ciągle kłębią się myśli i nasuwają pytania, które zostają bez odpowiedzi. Piętrzą się tylko nieskończenie. Obawiam się, że już tak zostanie na zawsze. Masochizm.
09 kwietnia 2012
Nie jestem biały i nie jestem czarny.
Święta to dziwny i trudny dla mnie czas. Muszę swój pobyt w rodzinnym mieście podzielić na dwie części - pobyt u matki i pobyt u ojca. Obie te części różnią się zasadniczo. Już dawno zauważyłem ten podział. U matki jest bardziej na luzie, swojsko, prosto, ale i bardziej dramatycznie. Wszystkie najbardziej przypałowe akcje wydarzyły się w moim domu rodzinnym. Nie oznacza to, że rodzina ze strony matki to totalne wieśniaki. Jak trzeba to potrafią się zachować jak trzeba, tylko czasem nie znają umiaru. Często myślę, że nie pasuję ani trochę do tego klimatu. Jestem za sztywny. Chociaż bawią mnie okrutne żarty moich braci i całe opowieści o dziejach mojej wioski i personach przewijających się w jej historii - o Pięknej Pani Dance, która ma trzy córki pijaczki, z czego jedna oddała własnego dzieciaka do domu dziecka; o Elżbiecie, której małżonek Jerzyk wraz z synem Tomaszem zamawiają taryfą kaczkę ze śliwką do domu, a tak w ogóle to Tomasz jest dyrektorem w Castoramie, tylko ostatnio stał na ochronie; o świętej pamięci Ryśku (aka Taisho), co się zachlał na śmierć; o tym, że u sąsiadów jest cały zwierzyniec - Kobra, Koński Łeb, Kot i Kundel; o miejscowych pijaczkach; o sąsiadce, która co trzy miesiące chodzi po domach i pyta, czy może wziąć tusz, a przy tym jest obleśna do kwadratu. Dziś śmiałem się, że moi bracia powinni napisać jakąś kronikę czy coś w tym rodzaju, wraz z oryginalnymi tekstami, których zwykły śmiertelnik, nie uczestniczący w życiu mojej wioski, nie jest w stanie ogarnąć. Na dobrą sprawę, poziom był niekiedy żenujący, ale przynajmniej nie było tego poczucia, że czuję się gorszy niż oni. Dokuczała jedynie ta świadomość odmienności, braku wpasowania się w towarzystwo. U ojca z kolei jest zupełnie inna bajka. Wszyscy są tacy "ą" i "ę", obyci w każdym temacie, wygadani, błyskotliwi i tak naprawdę idealni do porzygu. Lubię ich, bo przyjemnie spędza się z nimi czas, ale jednak z trudem muszę przyznać, że przez lata nabawiłem się przez nich ogromnych kompleksów. Zawsze czułem się jak czarna owca, w porównaniu z kuzynostwem. Ciągle się to jakoś na mnie odbija. Widać to na każdym kroku - oni stawiają przede wszystkim na karierę: on jest wojskowym, ona pracuje w jakiejś firmie, gdzie ma służbowe auto i cholera wie co jeszcze, mimo że jest młodsza ode mnie. A ja? Co mam ja? Do czego ja dążę? Mnie chodzi jedynie o to, aby przeżyć swój czas w spokoju i względnym zdrowiu, tak żeby nie być na niczyjej łasce. Wcale nie muszę mieć góry pieniędzy, pięknego domu, samochodu etc. Chciałbym też znaleźć kogoś, z kim będę mógł dzielić ten czas, chociaż już się w pewnym sensie zacząłem godzić z myślą, że może to być trudne do zrealizowania. Jestem trudnym człowiekiem. Stwarzam sobie problemy, których najprawdopodobniej nie ma, nie potrafię szczerze porozmawiać o tym, co mnie boli i o tym co czuję. Trudno budować coś trwałego z taką osobą. Jak mogę się z nimi równać? Czasem pocieszam się, że to też kwestia różnic w wychowaniu. Moi rodzice mnie zawsze rozpieszczali, dlatego teraz potrafię niewiele, chociaż staram się nadgonić. Wujek znowu ich tak zahartował, że nie ma nawet mowy, żeby dał im coś za darmo - może odsprzedać, albo niech spadają. W dni takie jak dziś, gdy mam okazję siedzieć z nimi wszystkimi i obserwować to niejako z boku, widzę te wszystkie różnice, widzę tę przepaść jaka nas dzieli. Czasem mam wrażenie, że mój własny ojciec żałuje tego, że ja nie jestem inny, że nie może się mną pochwalić, że nie potrafię zabłysnąć w tym towarzystwie. Tylko siedzę i uśmiecham się głupio, popijając Johnny'ego Walkera, bo przecież gorszych trunków się tu nie pije. Przynajmniej nie jako gwóźdź programu. Atrakcją wieczoru był moment, kiedy zaczęto prezentować zawartość "barku" - 3- i 5-litrowy Smirnoff, Rakija, którą przywiozłem z Chorwacji (jedyny prezent ode mnie, którym ojciec mógł się pochwalić), "książki" (nalewki, wódki i inne trunki w opakowaniu na wzór książek) etc. Szczególnie dziwnie czułem się także na samym początku, jak tylko przekroczyłem próg mieszkania - wszyscy spojrzeli na mnie jakbym przyleciał z kosmosu: "Ale Ty jesteś chudy!", "Nawet nie masz siły dźwigać tej torby!" lub same wymowne spojrzenia z nutką politowania. Może po prostu przesadzam i to wszystko to wytwory mojej wyobraźni, podlanej tendencją do ostrej samokrytyki? Najgorsza w tym wszystkim jest właśnie ta świadomość tego, że odstaje się od reszty. Chociaż był czas, kiedy na siłę starałem się być kimś innym, kimś lepszym, kimś wyjątkowym, kimś oryginalnym, nietuzinkowym, niestandardowym. W gruncie rzeczy to dość chore, bo do czego mnie to niby doprowadziło? Swoją drogą, to ten Johnny Walker ma jakąś magiczną moc rozwiązywania języka, bo chociaż wypiłem go dość sporo i nie czuję się schlany jak świnia, to bardzo się otwieram, jak widać po długości posta. Pomijam jego jakość. Nie zastanawiam się nad formą i stylistyką - po prostu piszę co mi przyjdzie na myśl, czyli to wszystko co mi się przez cały dzień w tym pustym baniaku zebrało.
Jutro każą mi iść do kościoła. Jakaś tragedia. Nie byłem w kościele od lat, bo niby po co? Ale jutro wypada rocznica śmierci dziadka. Nawet nie wiem która. Ten czas ucieka tak szybko, że straciłem już rachubę. Coś czuję, że ta noc będzie obrzydliwie długa. Nie dość, że kolana się odzywają to mózg wykazuje wzmożoną aktywność w postaci miliona myśli na minutę. Z jednej strony chciałbym już być w pociągu do Krakowa. Przynajmniej skończę te książki, które już zacząłem - "Zawieście Czerwone Latarnie" i "Podróż do Afganistanu" - zaskakująco szybko mi poszło czytanie. Polecam. W Matrasie dałem za nie grosze, a lektury całkiem fajne, jeśli ktoś lubi ten typ literatury. Aczkolwiek Su Tong przesadził z tą nowelą o zbieraniu psich gówien z drogi. Ale może jednak nie będę zdradzał fabuły.
Maanam nie chce się ode mnie odczepić. W dodatku, w mojej pamięci ciągle miga pewien Ktoś, kto był dla mnie ważny, ale wtedy tego nie doceniałem, a teraz już nic z tego nie pozostało. Jak już wspominałem - dobry jestem w stwarzaniu sobie problemów. Dziś mógłbym jeszcze długo tak pisać o głupotach, ale może przystopuję. I tak pewnie mało kto dotrwa do końca. No i nastąpił przełom! Pierwszy post z polskim tytułem.
Jutro każą mi iść do kościoła. Jakaś tragedia. Nie byłem w kościele od lat, bo niby po co? Ale jutro wypada rocznica śmierci dziadka. Nawet nie wiem która. Ten czas ucieka tak szybko, że straciłem już rachubę. Coś czuję, że ta noc będzie obrzydliwie długa. Nie dość, że kolana się odzywają to mózg wykazuje wzmożoną aktywność w postaci miliona myśli na minutę. Z jednej strony chciałbym już być w pociągu do Krakowa. Przynajmniej skończę te książki, które już zacząłem - "Zawieście Czerwone Latarnie" i "Podróż do Afganistanu" - zaskakująco szybko mi poszło czytanie. Polecam. W Matrasie dałem za nie grosze, a lektury całkiem fajne, jeśli ktoś lubi ten typ literatury. Aczkolwiek Su Tong przesadził z tą nowelą o zbieraniu psich gówien z drogi. Ale może jednak nie będę zdradzał fabuły.
Maanam nie chce się ode mnie odczepić. W dodatku, w mojej pamięci ciągle miga pewien Ktoś, kto był dla mnie ważny, ale wtedy tego nie doceniałem, a teraz już nic z tego nie pozostało. Jak już wspominałem - dobry jestem w stwarzaniu sobie problemów. Dziś mógłbym jeszcze długo tak pisać o głupotach, ale może przystopuję. I tak pewnie mało kto dotrwa do końca. No i nastąpił przełom! Pierwszy post z polskim tytułem.
05 kwietnia 2012
Beautiful Burnout
Jakoś nie potrafię się z tym uporać. Z tym stanem, w jakim się znajduję. Przytłaczające. Wydaje mi się, że moje serce ugina się pod niebywale dużym ciężarem. Jakby miało zaraz pęknąć i rozpłaszczyć się jak naleśnik. Uczucie z serii tych najbardziej trudnych do określenia. Najgorsze co może człowieka spotkać - niepewność uczuć. Gdy jesteś szczęśliwy lub nieszczęśliwy przynajmniej czujesz, że żyjesz. W sercu maluje się konkretny obraz i jesteś w stanie na niego zareagować - śmiejesz się lub rozpaczasz. Zawsze czekam na ten moment, kiedy po długim czasie tej nieokreśloności uczuć, w końcu zalewa mnie fala, z którą coś idzie. Nieważne czy to łzy i smutek czy też szalona euforia. Cokolwiek, co pozwoli czuć się człowiekiem. Nie znając swoich uczuć nie możemy nazywać się ludźmi. Do takich wniosków przynajmniej doszedłem, jak dotychczas. Głównie obserwując samego siebie. Chociaż może nie jestem najlepszym przykładem do tego typu "badań". Prawda jest chyba taka, że jestem dość strasznym człowiekiem. Wydaje mi się, że potrafię dawać tylko złudne nadzieje, by za chwile je odebrać i podeptać. Szybko się spalam, a ogień trawi także tych, którzy są zbyt blisko. Potem zostaje tylko popiół, a ja jestem już kimś innym. Wtedy nawet nie rozpoznaję siebie. Ba. Nawet nie wiem kim jest to moje "ja". Nie potrafię tego określić. Wtedy ludzie wypytują mnie o przyczyny mojego zachowania i inne tego typu rzeczy, na które odpowiedzi nie potrafię im udzielić. Sama rozmowa zresztą jest dla mnie czymś strasznym. Nie umiem tego robić. Nie w wypadku, kiedy to dotyka i dotyczy mnie i tego co czuję, albo tego czego nie czuję. Czasem myślę, że to moja chora duma nie pozwala mi na niektóre posunięcia. Kiedy raz postanawiasz zamknąć się na świat, trudno jest później otworzyć się na nowo. Powiedziałbym, że jest to wręcz niemożliwe. Niektórych ran nawet czas nie jest w stanie uleczyć. Muszę to wszystko jakoś przeczekać, a potem znowu zacząć od początku. Może nie popełnię tych samych błędów? To takie rozczarowujące, kiedy dajesz sobie kolejną szansę, a za chwilę wiesz, że z chwilą gdy sobie ją dałeś, tak naprawdę wszystko się skończyło. Zaprzepaściłeś ją.
Rozmowa to okropne nudziarstwo. Sprowadza się do tego, że ty mnie okłamujesz, a ja ciebie. Kiedy ludzie zaczynają rozmawiać, podejmują pełną hipokryzji grę manifestowania uczuć.
Lotos (Su Tong, Zawieście Czerwone Latarnie)
PS Od dwóch godzin usiłuję się spakować, ale jakoś za cholerę nie wychodzi. Może w ogóle się nie spakuję i pojadę na spontanie?
01 kwietnia 2012
Keep the streets empty for me.
Chciałbym tu napisać strasznie dużo rzeczy, ale jakoś nie potrafię. Słowa nie układają się w rozsądne zdania, w głowie mam mętlik. Targają mną zupełnie skrajne emocje. Nie lubię tego stanu. W dodatku po raz kolejny jestem w tym dziwnym punkcie, na zakręcie życiowym, chciałoby się rzec. No, może przesadziłem. W każdym razie chodzi o to, że nie umiem utrzymać jakiejś równowagi w swoim życiu. Zawsze znajdzie się coś, co burzy harmonię. Wpadam przez to w jakąś "cichą furię". Mam ochotę rozwalić wszystko i pozabijać (no, nie tak dosłownie) wszystkich w zasięgu wzroku. Oczywiście nie przekłada się to w żaden sposób na rzeczywistość, bo należę do osób, które tłumią w sobie emocje. Ktoś mógłby powiedzieć, że jestem dwulicowy i nieszczery - chyba nie jest to takie dalekie od prawdy. W dodatku jestem cholernym egoistą, ignorantem i pewnie tchórzem. Zawsze chcę uciec od swoich problemów, zostawić je gdzieś w tyle, zamieść pod dywan. A one mnie w końcu doganiają, robią swoje, ja wygrywam lub przegrywam i wszystko zaczyna się od nowa. Wszystko jest takie niewyraźne, rozmyte. Totalnie nie wiem za co się zabrać. Nagle okazuje się, że w szaleńczym tempie zmierzają ku mnie wyzwania, którym nie sądzę abym podołał. Nie widzę celu, nie wiem dokąd idę, foch z przytupem (So gay).
Dzisiejszy dzień był dziwny. A. wpadła w straszną ekscytację z powodu cyborgów i nie mogła przestać gadać przez 20 minut. Pocieszna dziewczyna, ale czasem przesadza. Zwłaszcza, że jak już zacznie to nikt nie wie o co jej właściwie chodzi. To takie japońskie, mangowe wręcz, jeśli chodzi o nią. Gdy wróciłem do domu, czekała na mnie kolejna niespodzianka. Niby 1 kwietnia, ale bez przesady. I to wcale nie był żart. Pisarz przyprowadził na mieszkanie jakąś panią Ewę, wręczył jej uroczyście zrywkę z różnymi skarbami typu ścierka, domestos i pronto, po czym kazał jej sprzątać. Oczywiście za pieniądze. To chyba nie jest normalne. Nie na "mieszkaniu studenckim". Czy to naprawdę taki problem, żeby posprzątać raz na jakiś czas?
Dzisiejszy dzień był dziwny. A. wpadła w straszną ekscytację z powodu cyborgów i nie mogła przestać gadać przez 20 minut. Pocieszna dziewczyna, ale czasem przesadza. Zwłaszcza, że jak już zacznie to nikt nie wie o co jej właściwie chodzi. To takie japońskie, mangowe wręcz, jeśli chodzi o nią. Gdy wróciłem do domu, czekała na mnie kolejna niespodzianka. Niby 1 kwietnia, ale bez przesady. I to wcale nie był żart. Pisarz przyprowadził na mieszkanie jakąś panią Ewę, wręczył jej uroczyście zrywkę z różnymi skarbami typu ścierka, domestos i pronto, po czym kazał jej sprzątać. Oczywiście za pieniądze. To chyba nie jest normalne. Nie na "mieszkaniu studenckim". Czy to naprawdę taki problem, żeby posprzątać raz na jakiś czas?
13 marca 2012
Death
Woah. Coraz rzadziej tutaj piszę, ale przynajmniej zaglądam co parę dni. Nie było ostatnio ani czasu, ani energii na rzyganie moimi rozterkami, ale od wczoraj jakoś mnie tu ciągnęło, aby w końcu coś napisać. No i piszę. Tym sposobem mam te kilka linijek tekstu za sobą. Magic.
Ostatnio często myślę o śmierci. Niby nic nadzwyczajnego, bo przecież każdy od czasu do czasu myśli o takich sprawach. Jakby nie patrzeć, jest to część naszej egzystencji. Chociaż "kres" bardziej tu pasuje, chyba że ktoś jest wierzący i zawraca sobie głowę "życiem po życiu". Ja osobiście jestem fanem teorii, że zeżrą mnie robaki i nic więcej fantastycznego nie będzie miało miejsca. Oczywiście wcale mi się nie podoba taka perspektywa, dlatego każę się spalić, wrzucić do puszki i zakopać gdzieś w ogródku. Ale ja nie o tym chciałem. Ostatnio często myślę o śmierci, ale... nie o swojej. Wydaje mi się to dość dziwne, bo tak ni z tego ni z owego nachodzą mnie myśli typu "Co by było gdyby X umarł/a?", gdzie za X należy podstawić imię kogoś mi bliskiego. Chyba boję się takiego obrotu spraw. Pal licho kogoś, kto jest mi obojętny, ale mam wrażenie, że po stracie niektórych mógłbym się nie pozbierać na dość długi czas. Naturalnie, gdy nachodzą mnie te myśli, karcę się sam przed sobą i czuję wstyd bo chyba jest to dość nieodpowiednie. Poza tym, dziś w tramwaju stwierdziłem, że po raz kolejny wkrada się tu ta, jak już to wcześniej nazwałem, "potrzeba dramy". To co dalej napiszę jest zapewne chore, ale w końcu od tego mam blogaska, aby nie mówić ludziom wprost takich rzeczy. Otóż, najsmutniejsze w takiej stracie bliskiego, byłby chyba nie sam fakt straty, ale... poczucie, że to mnie spotkała krzywda. No bo... Denatowi i tak już wszystko jedno, bo jest zimny jak lód i generalnie nic nie czuje, podczas gdy na świecie zostawia masę rozbeczanych, zdruzgotanych i zupełnie (ledwo)żywych bliskich, przyjaciół etc. Mam nadzieję, że nie jest to tak strasznie płytkie jak mi się wydaje. W końcu nie napisałem nic o wstawianiu smutnych statusów na FB wraz z wirtualnymi zniczami [*]. To będzie chyba koniec moich mądrości na dziś. W sumie jest jeszcze kilka tematów, które chciałem poruszyć, ale komponują się z tą notką. Może innym razem, jak nie zapomnę.
PS Myślałem ostatnio, czy nie urozmaicić swojego blogaska jakimiś totalnie słitaśnymi obrazkami, ale może się powstrzymam.
Ostatnio często myślę o śmierci. Niby nic nadzwyczajnego, bo przecież każdy od czasu do czasu myśli o takich sprawach. Jakby nie patrzeć, jest to część naszej egzystencji. Chociaż "kres" bardziej tu pasuje, chyba że ktoś jest wierzący i zawraca sobie głowę "życiem po życiu". Ja osobiście jestem fanem teorii, że zeżrą mnie robaki i nic więcej fantastycznego nie będzie miało miejsca. Oczywiście wcale mi się nie podoba taka perspektywa, dlatego każę się spalić, wrzucić do puszki i zakopać gdzieś w ogródku. Ale ja nie o tym chciałem. Ostatnio często myślę o śmierci, ale... nie o swojej. Wydaje mi się to dość dziwne, bo tak ni z tego ni z owego nachodzą mnie myśli typu "Co by było gdyby X umarł/a?", gdzie za X należy podstawić imię kogoś mi bliskiego. Chyba boję się takiego obrotu spraw. Pal licho kogoś, kto jest mi obojętny, ale mam wrażenie, że po stracie niektórych mógłbym się nie pozbierać na dość długi czas. Naturalnie, gdy nachodzą mnie te myśli, karcę się sam przed sobą i czuję wstyd bo chyba jest to dość nieodpowiednie. Poza tym, dziś w tramwaju stwierdziłem, że po raz kolejny wkrada się tu ta, jak już to wcześniej nazwałem, "potrzeba dramy". To co dalej napiszę jest zapewne chore, ale w końcu od tego mam blogaska, aby nie mówić ludziom wprost takich rzeczy. Otóż, najsmutniejsze w takiej stracie bliskiego, byłby chyba nie sam fakt straty, ale... poczucie, że to mnie spotkała krzywda. No bo... Denatowi i tak już wszystko jedno, bo jest zimny jak lód i generalnie nic nie czuje, podczas gdy na świecie zostawia masę rozbeczanych, zdruzgotanych i zupełnie (ledwo)żywych bliskich, przyjaciół etc. Mam nadzieję, że nie jest to tak strasznie płytkie jak mi się wydaje. W końcu nie napisałem nic o wstawianiu smutnych statusów na FB wraz z wirtualnymi zniczami [*]. To będzie chyba koniec moich mądrości na dziś. W sumie jest jeszcze kilka tematów, które chciałem poruszyć, ale komponują się z tą notką. Może innym razem, jak nie zapomnę.
PS Myślałem ostatnio, czy nie urozmaicić swojego blogaska jakimiś totalnie słitaśnymi obrazkami, ale może się powstrzymam.
20 lutego 2012
In the middle of the night.
Noc zawsze mnie pociągała. Jest w niej jakiś taki spokój. No i ta cisza. Ale to tylko jedna strona medalu. Problem pojawia się, gdy w grę wchodzą inne jej właściwości. W nocy mózg się człowiekowi otwiera. Wtedy snujemy plany na przyszłość, wpadamy na genialne pomysły, które do rana gdzieś ulatują, uświadamiamy sobie własną samotność i niedoskonałości, wspominamy dawne czasy - zwłaszcza najbardziej kompromitujące momenty z życia. Ja zawsze aż zrywam się na równe nogi i chodzę przez chwilę po pokoju, aby odrzucić te myśli, bo nie mogę ich znieść. Kiedy po chwili wracam do łóżka, karcę się za to, że wracam do tego, co przecież już dawno minęło, a w gruncie rzeczy nie było nawet takie straszne jak mi się wydaje. W dodatku mam jakiś dziwny zwyczaj oglądania w nocy przygnębiających filmów czy seriali. Chyba już o tym nawet pisałem. Grey's Anatomy górą. Obejrzę jeden odcinek, a potem tak strasznie i całkowicie bezpodstawnie utożsamiam się z problemami bohaterów, że popadam w jakąś chandrę i leżę bez ruchu, gapiąc się w sufit. Rano budzę się i zachodzę w głowę o co tak właściwie mi w nocy chodziło? W dodatku chyba jestem masochistą. Nie mogę patrzeć na jakieś wystające z brzucha flaki, a i tak oglądam ten serial. Dziś było całkiem interesująco. Facet z ręką w gigantycznym młynku do mięsa. Oczywiście nie obyło się bez zbliżeń, żebym widział dokładnie zmielone palce. Delicje.
Próbuję opanować te moje cholerne znaczki. Jakoś nie wychodzi. Przecież to nie jest takie trudne! Już chyba jestem na takim etapie, że jedyną motywacją do nauki będzie bomba zegarowa zamontowana na dupie. Let the play begin.
Czeka mnie teraz trudny okres. Szkoła, praca, szkoła, praca i tak bez wytchnienia przez dwa tygodnie. Wyśpię się jakoś pod koniec marca może. Uwielbiam chodzić na nocki. Kiedy wchodzę do pracy i widzę co tam się dzieje, chce mi się wyć. Dosłownie. Na szczęście czas pracy jest nienormowany, więc mogę wyjść jak mi się znudzi. Jeszcze nie zdarzyło się, abym wytrwał tam całą noc. Prawdę mówiąc, wolę wyjść o 2-3 i iść przez cały Kraków do domu na piechotę (albo "na nogach" jak to się tutaj mówi), w mrozie, śniegu, deszczu, burzy etc, niż wysiedzieć tam te dwie godziny dłużej do pierwszego tramwaju. Chociaż nie twierdzę, że nie lubię swojej pracy. Po prostu nie lubię chodzić na noc.
Niby miałem iść spać wcześniej, ale jakoś nie wyszło. Rano znowu będzie płacz. A niby człowiek uczy się na błędach.
Próbuję opanować te moje cholerne znaczki. Jakoś nie wychodzi. Przecież to nie jest takie trudne! Już chyba jestem na takim etapie, że jedyną motywacją do nauki będzie bomba zegarowa zamontowana na dupie. Let the play begin.
Czeka mnie teraz trudny okres. Szkoła, praca, szkoła, praca i tak bez wytchnienia przez dwa tygodnie. Wyśpię się jakoś pod koniec marca może. Uwielbiam chodzić na nocki. Kiedy wchodzę do pracy i widzę co tam się dzieje, chce mi się wyć. Dosłownie. Na szczęście czas pracy jest nienormowany, więc mogę wyjść jak mi się znudzi. Jeszcze nie zdarzyło się, abym wytrwał tam całą noc. Prawdę mówiąc, wolę wyjść o 2-3 i iść przez cały Kraków do domu na piechotę (albo "na nogach" jak to się tutaj mówi), w mrozie, śniegu, deszczu, burzy etc, niż wysiedzieć tam te dwie godziny dłużej do pierwszego tramwaju. Chociaż nie twierdzę, że nie lubię swojej pracy. Po prostu nie lubię chodzić na noc.
Niby miałem iść spać wcześniej, ale jakoś nie wyszło. Rano znowu będzie płacz. A niby człowiek uczy się na błędach.
Subskrybuj:
Posty (Atom)